PC & KONSOLERECENZJA

The Walking Dead: Season Two – In Harm’s Way

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

O ile w przypadku poprzednich epizodów drugiego sezonu mieliśmy do czynienia z tendencją zwyżkową, tak trzeci budzi we mnie mieszane uczucia. Nie znaczy to jednak, że In Harm’s Way jest złym odcinkiem. Winą obarczam wyłącznie własne, najwyraźniej zbyt wygórowane oczekiwania, podkręcone dodatkowo emocjonującym cliffhangerem w finale A House Divided oraz postacią Carvera, z którą wiązałem ogromne nadzieje.

Scenarzyści przyzwyczaili już nas do tego, że w brutalnym świecie The Walking Dead nic nie jest takim, jakim wydaje się na początku. Liczyłem po cichu, że wedle tej niepisanej maksymy zostanie również skrojony niejaki Carver, który ledwie pojawił się w poprzednim epizodzie i od razu wyrósł na największego skurczybyka bieżącego sezonu. Myślałem jednak, że za pozą bezwzględnego twardziela kryje się jakieś drugie dno, a gość odegra w całej historii znacznie większą rolę i koniec końców zmieni się nasze myślenie o tej postaci. Niestety, In Harm’s Way rozwiewa wszelkie wątpliwości w tym względzie. Carver, choć piekielnie charyzmatyczny, jest przy okazji postacią jednowymiarową i pozbawioną dodatkowej głębi. To rzecz jasna niewiele wyjaśniające ogólniki, ale z oczywistych przyczyn więcej zdradzić nie mogę, by nie sypać niechcianymi spoilerami. Kto zagra, ten zrozumie, co mam na myśli.

Historia przedstawiona w grze kontynuuje rozpoczęte wcześniej wątki. Clem z grupą przyjaciół trafia do nowego obozowiska, w którym rozegra się każda minuta tego epizodu. Oczywiście nie trafiają tam z własnej, nieprzymuszonej woli. Grupa pod przewodnictwem wspomnianego już Carvera jest zdeterminowana, świetnie zorganizowana i przede wszystkim zaskakująco dobrze uzbrojona, więc chcąc nie chcąc, nasza ekipa staje się nową, tanią siłą roboczą. Świetnie zarysowane kontrasty w nowym miejscu to chyba największa siła tego odcinka.

Z jednej strony mamy miejscówkę solidnie wyposażoną w niezbędne do przeżycia produkty, w tym żarcie i broń, a więc towary deficytowe w uniwersum The Walking Dead. Jest to również miejsce silnie strzeżone i samowystarczalne, o czym świadczą chociażby uprawy w niewielkich szklarniach czy panele słoneczne rozstawione na dachach. Jednym słowem trafiamy do miejsca, które, choć rządzone twardą ręką, powoli przekształca się w coś na kształt zamkniętego, zorganizowanego społeczeństwa.

Wydawałoby się, że w takim miejscu nasi bohaterowie wreszcie mogą czuć się pewnie i w miarę bezpiecznie, o ile oczywiście w ogóle można mówić o poczuciu bezpieczeństwa w świecie opanowanym przez truposzy. Warunek jest tylko jeden – całkowite posłuszeństwo i podporządkowanie wobec tych, którzy dzierżą karabiny maszynowe i bez mrugnięcia okiem użyją ich w razie jakichkolwiek oznak buntu. I tu właśnie rodzą się problemy, bo dlaczego jedni mają rządzić drugimi? Już na starcie cała ta sytuacja zaczyna przypominać obóz pracy, a z czasem przeradza się w więzienie o zaostrzonym rygorze.

Tym sposobem niczym bumerang wraca na pierwszy plan nieśmiertelna myśl przewodnia całej serii – w świecie bez zasad to nie umarlaki są największym problemem ocalałych, a bestie czające się w ciałach i umysłach innych ludzi. Zombiaki są niczym drapieżne zwierzęta, kierujące się wyłącznie instynktem. Człowiek na tej ewolucyjnej drabince po raz kolejny zajmuje należne mu pierwsze miejsce w kategorii istoty najbardziej bezwzględnej, niemoralnej i pozbawionej jakichkolwiek hamulców.

To, co w przypadku In Harm’s Way najbardziej mnie rozczarowało, to znikoma rola gracza w rozgrywce. Nie zarzucam, że omawiany odcinek jest przegadany, bo generalnie wszystkie poprzednie też były, a koniec końców dialogi są jednym z największych atutów całej serii. Gorzej, że tym razem interakcję ograniczono do kompletnego minimum, a dwie bardziej dynamiczne sceny z zombiakami nie zmieniły ogólnego wrażenia, że gra w zasadzie “zaliczała się” bez mojego udziału.

Co więcej, mamy tutaj fragmenty pseudo-skradankowe, które nie wydają się wrzucone na siłę, bo są odpowiednio umotywowane fabularnie, więc można by je wspaniale rozbudować. Niestety olano temat, więc nawet tam, gdzie był dodatkowy potencjał na urozmaicenie rozgrywki, gra przechodzi się niejako sama, bo nie da się niczego sknocić po drodze. Nawet wybory moralne w tym epizodzie wydają się jakieś miałkie i pozbawione ciężaru gatunkowego cechującego serię od samego początku. Mimo tradycyjnie już mocno ograniczonego czasu na decyzję, przy żadnym nie miałem większego problemu, na którą opcję się zdecydować.

Szkoda, bo w tej sytuacji pozostaje jedynie delektowanie się fabułą i fenomenalnie zarysowanymi relacjami między bohaterami. Te elementy zawsze brylowały i na szczęście po raz kolejny nie zawodzą. Nie ukrywam jednak, że mój zaostrzony apetyt liczył na więcej, mam więc szczerą nadzieję, że dwa ostatnie epizody nadrobią te straty, dorównując finałowi pierwszego sezonu.


Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close