ANIMERECENZJA

Ajin – połowiczne anime

Japonia, świat alternatywny – na pozór niczym nie różniący się od naszego. Nie ma w nim żadnej niesamowitej technologii, nie istnieją żadne fikcyjne frakcje kontrolujące świat, Ziemia nie jest atakowana przez wielkie istoty pozaziemskie. Ludzie nadal zajmują się swoimi sprawami, powoli sunąc przez rzekę czasu określającą ich żywot. Dla jednego z takich ludzi, ucznia przygotowującego się do decydujących o jego przyszłości egzaminów, nadchodzi niespodziewany kres spokojnego życia.

Nagai Kei ginie w wypadku – szybko się jednak okazuje, że nie do końca. Bohater ku zaskoczeniu wszystkich świadków oraz siebie samego, regeneruje się w błyskawicznym tempie i ucieka z miejsca zdarzenia zdając sobie sprawę, że jest Ajinem – osobnym gatunkiem odkrytym stosunkowo niedawno, którego przedstawiciele na pierwszy i drugi rzut oka wydają się zwykłymi ludźmi. Dopiero próba ich zabicia ujawnia ich nieludzką naturę. Tak zaczyna się historia rozwijająca się na przestrzeni dwóch trzynastoodcinkowych sezonów Ajin.

Pół na pół

Od razu zaznaczmy, że oba sezony można śmiało traktować jako jeden i tak też czynię w niniejszym tekście. Ajin stara się być czymś nieco innym na tle wielu innych serii, ale jednocześnie nie wrzuca wszystkich swoich atutów do jednego koszyka. Z jednej strony seria nie skąpi od całkiem efektownej akcji, porusza tematy nieludzkiego traktowania Ajinów, braku społecznej empatii czy też nawet ludzkiej natury – z drugiej nigdy nie wchodzi w takie tematy na tyle głęboko, aby można uznać to za anime “filozoficzne” (w bardzo luźnym znaczeniu tego słowa). Mamy więc przedstawioną sytuację znanych “nieludzi”, którzy traktowani są gorzej niż szczury laboratoryjne dla zysków korporacji i potencjalnych nowych odkryć mogących przysłużyć się ludzkości. Widzimy całkiem realistyczne przedstawienie sposobu działania służb specjalnych w konflikcie z nieśmiertelnym przeciwnikiem, ale jednocześnie seria prezentuje nieludzkie wyczyny antagonisty. Poruszany jest motyw niezmąconej zbędnymi motywacjami przyjaźni ponad wszystkim, aby zaraz zakopać ją pod brakiem empatii głównego bohatera. Ajin macza palce w wielu tematach, pozwala poczuć pierwsze nuty ciekawego smaku, po czym wycofuje się i prezentuje coś nowego.

I czyni to na tyle sprawnie, że widz chłonie kolejne odcinki – a pomiędzy nimi może sam wewnątrz siebie rozważać kwestie typu “czy Ajini się biologicznie starzeją i mogą umrzeć ze starości/” – seria nie próbuje wejść głębiej w żaden z prezentowanych tematów i zapewne wychodzi jej to na dobre. Dzięki temu całość nie jest rozwlekła ponad miarę, scenarzyści nie zaczynają zjadać własnych ogonów, a anime ogląda się w większości z przyjemnością – to skondensowana dawka, odpowiednio wymierzona i zaaplikowana.

Tym co początkowo budzi negatywne odczucia i może zrazić do serii (poza wizualiami, do których przejdę wkrótce) to postać głównego bohatera. Kei jest egoistą i to w stopniu, w którym chyba jeszcze w anime nie widzieliśmy. Wszelkie odruchy “ludzkiej empatii” jakie wykonuje są z góry nakreślone na odpowiedni efekt, starając się wykreować obraz “idealnego człowieka” wśród otaczającego go środowiska. Faktycznie jednak Kei nie dba o nikogo, mając za nic wszystko co nie tyczy się bezpośrednio jego i jego chęci do cichego, normalnego życia. Dopiero pojawienie się czegoś, co może zagrozić takowemu sprawia, że Nagai podejmuje akcje – przemyślane, skalkulowane, zimne. Taki typ bohatera nie rzucającego się na pomoc wszystkim jak popadnie z desperackimi okrzykami o sile miłości to coś mało typowego, ale równocześnie odświeżającego. Szkoda, że przynajmniej raz motywacje i działania Kei wydają się być dość dziwne, a do tego chroni go “plot armor”.

Prawdziwą gwiazdą show jest jednak ktoś inny – Satou, znany też jako “starszy bardzo miły pan w kapeluszu”. Nienagannie się zachowujący, wygadany i uprzejmy nawet ponad miarę, Satou od samego pojawienia się na ekranie wzbudza ciekawość, a im dalej w las tym jego poczynania i motywacje są coraz bardziej interesujące. Duża w tym zasługa nie tylko scenariusza i dialogów, ale znakomitej pracy seiyuu – Ootsuka Houchuu wykonał kapitalną robotę i skradł światło reflektorów.

Reszta postaci jest raczej szczątkowa i jakąkolwiek dodatkową ekspozycję otrzymają tylko wysokiej rangi urzędnik z departamentu zajmującego się tematem Ajinów oraz jego pani ochroniarz. Są to przyzwoicie zrealizowane postaci, acz daleko im do poziomu głównego antagonisty. Reszta to tło, którego los można przewidzieć na kilka epizodów do przodu, a których charakterów czasami nawet de facto nie poznajemy.

Zabójcze CGI

Tym co “zabiło” Ajina dla wielu potencjalnych widzów do aspekty wizualne. O ile nie można się przyczepić do strefy audio – tam wszystko jest naprawdę dobrym poziomie, od naprawdę ponad przeciętnej pracy seiyuu po solidny soundtrack (minus opening i ending, sorry ale przewijałem po pierwszym usłyszeniu). Tym co odrzuca to grafika, a mianowicie CGI. Cała seria jest zrealizowana w tej technice i dla wielu fanów anime sama obecność komputerowo generowanej grafiki w takim natężeniu skreśla daną pozycję. Technologicznie najbliżej Ajinowi do Sidonia no Kishi, ale jest jedno ale. Framerate. Pojęcie znane z gier komputerowych tutaj pojawia się nie bez przyczyny, albowiem naprawdę – co z tego, że momentami twórcy zrealizowali całkiem skomplikowane sceny pełne całkiem realistycznych manewrów wielu postaci, jeżeli przed oczami widza cała akcja jest prezentowana w jakieś żenująco niskiej ilości klatek na sekundę. Serio, kilkakrotnie na początku oglądania zaczynałem się zastanawiać, czy wszystko jest po mojej stronie w porządku – tymczasem to samo anime po prostu “klatkowało”. Efekt jest naprawdę nieprzyjemny i ekipie daleko do tego, z jaką wprawą i płynnością zrealizowano anime w pełnym CGI chociażby w Houseki no Kuni.

Jeżeli jesteście w stanie przebrnąć przez klatkujące animacje, nie szukacie niczego przesadnie głębokiego, ani z moralnym przesłaniem, to Ajin jest godny polecenia. Nie jest to jedno z najlepszych anime jakie widziałem – ale też daleko mu do bycia najgorszym. To poziom powyżej średniej, mający własny pomysł tu i tam i z reguły potrafiący go zrealizować w sposób satysfakcjonujący. Za wyjątkiem framerate’u, na litość.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close