ANIMERECENZJA

Akame Ga Kill – niespójna akcja

Mroczny świat, spora doza przemocy, litry krwi na ścianach i podłodze oraz “tragiczne” historie będące tłami dla postaci – wszystko to w świecie, gdzie skorumpowany politycy i klasa wyższa oddają się wszelkim możliwym uciechom ciała, podczas gdy coraz większy tłum biedaków ugina grzbiet pod jarzmem. W cieniach czająca się grupa wyspecjalizowanych zabójców, gotowych na wszystko, aby odmienić oblicze ich rzeczywistości.

Na papierze Akame Ga Kill zapowiadało się całkiem dobrze. Już w pierwszym odcinku naiwność głównego bohatera zostaje wykorzystana, aby odkryć korupcję drążącą stolicę imperium – jest też trochę komedii i fanservice’u, aby odciążyć nieco widza od ciągłego rozlewu krwi i mroku. Szybko jednak okazuje się, że twórcy tego anime chyba nie za bardzo wiedzieli, co tak naprawdę chcą osiągnąć i w rezultacie stworzyli produkcję rozlazłą i niespójną na wielu płaszczyznach. Dlaczego?

Początkowo zastanawiałem się, czy nie traktować tego anime jak Hellsinga – pełnej adrenaliny jatki, w której logika i scenariusz schodzą na dalszy plan, dając pole do popisu do kolejnych efektownych, niemal komicznie przesadzonych starć i mocno przerysowanych postaci. Jednakże byłoby to szkalowanie Hellsinga, albowiem AgK nie potrafi ani nabrać odpowiedniego dystansu do siebie, ani dostarczyć jakiekolwiek rozsądnej treści poza “dramaturgią” wymuszaną za każdym razem na kolanie przez scenarzystę.

Ta sztuczność jest bardzo widoczna i kole w oczy za każdym razem, kiedy anime próbuje wywołać jakiekolwiek uczucia w widzu – czy to prezentując mdłą gadkę o tragicznej przeszłości jakiejś postaci, czy to zabijając kolejnego bohatera w mniej lub bardziej groteskowy sposób. Sęk w tym, że uczuć właśnie nie wywołuje, bo żaden z bohaterów nie otrzymuje w zasadzie ani odrobiny szansy na jakikolwiek progres lub eksplorację charakteru. Zamiast więc płakać w duchu nad losem postaci, po pięciu sekundach zapominamy, że takowa w ogóle istniała. A że trochę zgonów po każdej stronie politycznej barykady w anime występuje, to liczba zapominanych wojowników i zabójców rośnie niemalże wykładniczo.

Jak już wspomniałem, żaden z bohaterów w zasadzie nie notuje żadnego progresu. Nikt nie zmienia poglądów pod wpływem wydarzeń lub przekonywania przez “drugą stronę” (nawet jeśli logicznie rzecz biorąc, wszystko powinno wskazywać, aby takowa zmiana sojuszu była jak najbardziej rozsądna), nikt nie otrzymuje żadnej interesującej historii poza minimalistycznym “tłem”, które oczywiście musi być bardzo smutne i tragiczne. Nawet decyzje podejmowane przez postaci to bardzo często zrobienie czegoś na siłę, tylko dlatego aby scenarzysta mógł odpalić kolejną scenę śmierci.

I to w zasadzie jedyna tak naprawdę siła tego anime. Sceny walk może i nie są niczym wspaniałym i taki stareńki wspomniany Hellsing prezentuje się pod tym względem (zarówno wizualnie, jak i pod względem kreatywności) znacznie lepiej – ale można czerpać pewną przyjemność z oglądania co niektórych egzekucji i starć. Szkoda, że nawet ta przyjemność jest zakłócana “trump cardami”, czyli ujawnianymi w losowych momentach umiejętnościami specjalnymi danej postaci i jej oręża. Sprawia to, że każda walka może zostać w dowolnym momencie odmieniona przez wyjęcie “królika z kapelusza”, przez co wszelkie emocje i zaangażowanie widza zwyczajnie idzie na spacer.

Jak tylko akcja przestaje, zaczyna się jednak kolejny problem, tym razem z tempem akcji. Twórcy nijak nie potrafią znaleźć odpowiedniego sposobu na to, aby tempo kolejnych wydarzeń nie było cały czas zupełnie bez wyczucia – jak pijany perkusista w black metalowej kapeli, mający nadzieję, że ciągłe blastowanie jest odpowiedzią na wszystko. Anime bez żadnego taktu potrafi przejść ze sceny zabójstwa postaci w dwusekundową “żałobę” reszty ekipy po to, aby w następnej scenie serwować miałki fanservice i gimnazjalny humor. W jednej chwili generał imperium niszczy inwazję na dalekim południu, aby w połowie odcinka być już z powrotem w stolicy oddając się kolejnej losowej czynności.

Brak konsekwencji jest widoczny nawet w samym świecie Akame Ga Kill. W uniwersum stylizowanym na nieco mroczniejszą wersję typowego fantasy, znikąd mogą pojawić się mechy, postaci mogą nosić ciuchy jakby prosto wyjęte z teraźniejszej Japonii oraz czasów samurajów w jednej scenie. Zaawansowane technologicznie gadżety towarzyszą murom warowni i zwykłemu orężowi strażników, mutacje genetyczne są wykonywane od niechcenia, ale jednocześnie nigdzie niby nie ma magii. Nic nie jest spójne, nawet geografia wydaje się być czymś wrzuconym w panicznym momencie, w którym scenarzyści nie wiedzieli, dokąd w zasadzie posyłają jakąś postać.

Ani bohaterowie, ani scenariusz, ani oprawa audiowizualna nie są warte wzmianki. Serio, to typowa “klisza” widziana już tyle razy, że od pierwszego spojrzenia na każdego widać “stereotyp i charakter” napędzający daną postać. Do tego źli są źli dla samego faktu bycia złymi, główny bohater to typowy dla shounenów młodzian z wybujałym poczuciem sprawiedliwości, w którym zakochuję się każda napotkana panna – nawet po drugiej stronie barykady. Polityczne zawiłości zostały zupełnie niewykorzystane i są tylko kiepską wymówką do następującego potoku zdarzeń bez żadnej spójności.

Czy można obejrzeć Akame Ga Kill jak się komuś nudzi i mieć z tego odrobinę radości? Da się, o ile jesteście spragnieni anime fantasy pełnego akcji, kiepskiego humoru i w sumie niczego więcej.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close