PC & KONSOLERECENZJA

Alien Rage

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Próbując połączyć stare z nowym, ekipa CI Games stanęła w rozkroku. Gacie jednak nie pękły, bo mimo pewnych nieścisłości i braku wyraźnego opowiedzenia się po jednej ze stron, najnowszy twór rodzimego studia okazał się całkiem strawny. Niezbyt wybitny, nieszczególnie pomysłowy, za to z nawiązką wywiązujący się ze swego podstawowego zadania – dostarczenia frajdy płynącej z pacyfikowania obcych maszkar.

W shooterze bez ambicji, głębokiej warstwy fabularnej, bez choćby minimalnie złożonego systemu rozgrywki jedna rzecz musi być zrealizowana bezbłędnie – mechanika strzelania. Ta faktycznie bryluje w dziele Polaków i sprawia, że przebijamy się przez monotonne, schematyczne i do bólu liniowe poziomy z uśmiechem na ustach, mimo że od początku nie widzimy w tej eskapadzie większego sensu. Ale w końcu tak się kiedyś grało, zaś Alien Rage – czego twórcy od samego początku nawet nie starali się ukryć – jest właśnie ukłonem w kierunku klasyki, powrotem do czasów, w których liczył się refleks, a na filozoficzne gdybania nad sensem istnienia nie było zwyczajnie czasu.

Samo strzelanie jest tu bardzo soczyste, w czym duża zasługa dobrze wyważonego wachlarza uzbrojenia. I na tym polu darmo szukać rewolucji czy choćby prób wplecenia czegoś nowatorskiego – otrzymujemy najbardziej standardowe pukawki w historii gier, czyli pistolet, strzelbę, karabiny, snajperkę, potężnego miniguna i wyrzutnię rakiet. Co jednak najważniejsze, korzystanie z nich daje sporo dziecięcej radochy – czuć, że każda futurystyczna spluwa, którą dzierżymy w dłoniach, nie jest pistoletem na kapiszony, a konkretnym narzędziem zdolnym jednym strzałem lub celną serią przerobić przeciwnika na kisiel. Wymiana ognia jest tu więc nie tylko widowiskowa, ale i soczysta, zaś swoje pięć groszy dorzuca częściowo interaktywne środowisko. Sporo tu eksplodujących elementów, które mogą za jednym zamachem posłać do piachu całą grupkę patałachów, a wróg oczywiście dziwnym trafem wprost uwielbia stawać w zasięgu rażenia wszystkiego, co może go przypadkowo zabić.

Jak się rzekło, Alien Rage jest bardzo zakorzeniony w okopach prehistorii, problem jednak w tym, że jednocześnie próbuje się z nich nieśmiało wyrwać, niestety z różnym skutkiem. Przykład pierwszy z brzegu, ale najbardziej wyrazisty, bo dający się we znaki na każdym kroku kampanii – gra premiuje radosną rozpierduchę (i to dosłownie – o czym za chwilę), a sztuczna inteligencja komputerowych przeciwników (czy raczej jej całkowity brak) wręcz zachęca do szarżowania ze śpiewem na ustach i garścią apteczek w kieszeni. Tymczasem medykamentów zabrakło, jest za to autoregeneracja zdrowia. Niby to nie problem, tyle że tak wyśrubowano poziom trudności (kolejny ukłon w stronę klasyki), że autoregeneracja często nie wystarcza i każdy nieprzemyślany ruch to duża szansa na ekspresowy zgon. Miast więc grać jak przed laty, jak podczas sesji w Duke’a 3D, Blooda czy Painkillera, nauczeni doświadczeniem po zebranym łomocie zaczynamy bawić się w podchody, najczęściej decydując się na ostrożny ostrzał zza osłon. Zdecydowanie zabrakło tu lżejszego poziomu trudności, który pozwoliłby po prostu konkretnie się wyżyć.

Przytłaczająca liczebność wrażych jednostek to tak naprawdę jedyna karta przetargowa przeciwnika. Jest niewiarygodnie tępy i z uporem maniaka samobójcy pcha się pod celownik, w wielu sytuacjach wystarczy więc zabunkrować się w jednym miejscu i rozwalać makówki nadbiegającym gęsiego przeciwnikom. I zawsze, ale to zawsze, obcy zachowują się w dokładnie ten sam sposób. Nie znaczy to jednak, że łatwo z nimi wygrać, bo mają piekielnego cela i zwyczajnie oszukują, mając tendencję do teleportowania się o kilka metrów przed nami, gdy tylko przekroczymy niewidzialną linię. Zresztą to naszpikowanie kampanii skryptami sprawia, że Alien Rage jest nie tylko grą jednego pomysłu – jest też tytułem na jedno podejście, a mnożniki punktowe i bicie rekordów na tablicy wyników to jedyny i raczej kiepski motywator, by do singla kiedykolwiek powrócić.

No właśnie, rekordy. W grze zaimplementowano prosty system przeliczający każdą destrukcyjną aktywność na punkty. Załatwisz wroga strzałem w makówkę? Należy ci się nagroda. Kolejnego wyślesz do krainy wiecznych łowów w ogniu eksplozji? To samo. Każda bardziej efektowna rozwałka to dodatkowe punkty doliczane do puli (odblokowujemy za nie perki, dzięki którym trudną przeprawę możemy uczynić nieco bardziej znośną). Pomysł przypomina rozwiązanie znane z rodzimego Bulletstorma, tyle że tam z uwagi na szerszą paletę ruchów i ciekawsze pomysły na eliminowanie przeciwników miało to więcej sensu, a co za tym idzie bicie rekordów sprawiało większą frajdę.

Ostatnią rzeczą wartą omówienia jest oprawa i optymalizacja. Pierwsza może się podobać, bo ekipie udało się wycisnąć z wysłużonego Unreal Engine 3 naprawdę sporo. Miejscówki, choć zamknięte i niestety bardzo schematyczne (w zasadzie wszystkie są do siebie podobne), cieszą oko mnóstwem detali, nieźle prezentują się również modele przeciwników (w tym zrobotyzowanych bossów) i ich animacja. Szkoda tylko, że w parze z wizualnymi fajerwerkami nie idzie optymalizacja. Jak tak stary silnik może zadusić kompa, którego nie były w stanie pokonać ani Crysis 3, ani Metro: Last Light? Dodam jednak, że wystarczyło odrobinę zmniejszyć detale, by uzyskać stałą płynność na poziomie 50-60 fps, tym niemniej drobny niesmak pozostał.

Alien Rage jest grą solidną, choć nie brak tu nietrafionych rozwiązań czy drobnych uchybień. Przy podejmowaniu decyzji o zakupie warto też mieć na uwadze, że wbrew budżetowej cenie, oferuje więcej zawartości (i to pomimo ubogiego trybu rozgrywek sieciowych) i zdecydowanie dłuższą kampanię niż droższy i trzy razy dłużej tworzony Sniper: Ghost Warrior 2. Fanom staroszkolnych shooterów można polecić, reszta niech raczej trzyma się z daleka.


Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close