PC & KONSOLERECENZJA

Battleborn

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Wylewająca się z ekranu pstrokacizna we wszystkich odcieniach tęczy, chaos towarzyszący każdej większej potyczce, specyficzny i oryginalny humor oraz rzecz jasna galeria postaci zakręconych jak słoik ogórków. Nie, to nie kolejne Borderlandsy, choć o pomyłkę nietrudno. Wszak mówimy o nowej grze autorstwa Gearbox Software.

Na tym jednak podobieństwa się kończą. Battleborn nie oferuje równie rozległego świata ani tony zróżnicowanych questów. I nie musi oferować, bo to MOBA. A w zasadzie dziwaczna hybryda, skrzyżowanie MOBY z sieciową strzelanką, przez co gra ląduje na tym samym poletku, które ma chrapkę zagospodarować Overwatch Blizzarda. I być może to podobieństwo będzie pierwszym gwoździem do trumny Battleborna, bo czy można realnie rywalizować z Blizzardem? I nie chodzi już nawet o finalną jakość obu projektów, tylko o sławę, jaka kroczy za ekipami, które je tworzą. Zostawmy jednak te dywagacje i wróćmy do tematu.

Fabuła jest nieco chaotyczna i przedstawiana w sposób poszatkowany, ale umówmy się, że Battleborn to historia bardziej postaci, niż samego świata, jest to oczywiste od samego początku. Świata umierającego, dodajmy, bo oto lądujemy w ponurej rzeczywistości, gdzie gasną kolejne gwiazdy i ostatnią ostoją dla wszystkich bytów okazuje się układ słoneczny Solus, zagrożony przez wrogą wszystkim rasę Varelsi. Na miejsce ściągają rozmaite indywidua reprezentujące jedną z pięciu frakcji. To właśnie w nich możemy wcielić się w grze, próbując udowodnić, że frakcja, do której należy wybrany przez nas heros, najlepiej nadaje się do tego, by stać na straży całego systemu.

Wszystko jest tu ostro przerysowane i nie ma za grosz powagi. Skądś to znamy, prawda? Widać Gearbox wyspecjalizowało się w tym typie opowieści, lekkiej, przyjemnej i podszytej głupkowatym, ale niezmiennie zabawnym dowcipem. Szkoda tylko, że samo uniwersum na tle rozwiniętego i rozbudowanego świata Borderlands wydaje się trochę nijakie, jak gdyby nakreślone naprędce w podręcznym szkicowniku.

Choć Battleborn to tytuł stworzony przede wszystkim z myślą o starciach sieciowych, oferuje również kooperacyjną kampanię fabularną, tę z kolei można zaliczyć w pojedynkę lub z maksymalnie czteroosobową grupą innych graczy. Muszę jednak ostrzec potencjalnych śmiałków, że granie samemu bywa męczące i pioruńsko ciężkie, choć oczywiście wszystko zależy od wyboru bohatera, bo inaczej gra się tankiem, a inaczej postacią specjalizującą się w atakach dystansowych.

Generalnie jednak brak wojownika o określonej specjalizacji daje się czasami mocno we znaki, z tego też względu samotników taka zabawa szybko może zmęczyć. Na taki stan rzeczy niemały wpływ mają również powtarzalne, do bólu schematyczne zadania, przez co tryb fabularny zdaje się doczepiony na siłę. Jego przejście jest jednak opłacalne; w boju zdobywamy doświadczenie, zbieramy przydatne fanty i mamy okazję odblokować kolejnych wojowników – wszystko to przyda się w starciach sieciowych.

Te ostatnie prezentują się na szczęście znacznie lepiej. Oferują trzy zróżnicowane tryby, w których ścierają się dwie pięcioosobowe drużyny. W Devastation przejmujemy kontrolę nad strategicznymi punktami na mapie, Meltdown polega na eskortowaniu stworków kierowanych przez sztuczną inteligencję w drodze do spalarki (i przeszkadzaniu przeciwnikom w tej samej czynności), Incursion natomiast w swych podstawowych założeniach najbardziej przypomina klasyczne gry MOBA – musimy przebić się wraz z grupą minionów i zezłomować maszyny obronne przeciwnej drużyny. Dla każdego z trybów twórcy przygotowali zaledwie dwie mapy – niewiele, biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z produkcją kosztującą niemałe pieniądze.

Jak każda szanująca się MOBA, Battleborn postaciami stoi. W grze dostępnych jest ich aż dwadzieścia pięć (choć nie od razu mamy dostęp do wszystkich), a wraz z kolejnymi darmowymi aktualizacjami dostaniemy pięciu kolejnych wojowników. Wybór tego, którym ruszymy w bój, ma zasadnicze znaczenie, bo różni ich w zasadzie wszystko, począwszy od wyglądu. Ten ma jednak drugorzędne znacznie – znacznie ważniejsza jest specjalizacja, mocne i słabe strony, ataki i umiejętności specjalne oraz wykorzystywana broń. Dodatkowym urozmaiceniem jest system rozwoju Helix. Każdą nową batalię rozpoczynamy z czystym kontem, startując z pierwszego poziomu doświadczenia. W trakcie bitki awansujemy, wybierając zawsze jedno z dwóch dostępnych ulepszeń na każdym poziomie. Pozwala to jeszcze lepiej spersonalizować danego bohatera pod nasz indywidualny styl rozgrywki. Bardzo fajne i praktyczne rozwiązanie.

Kluczem do sukcesu jest więc dokładnie poznanie postaci i współpraca z ekipą, wtedy gra rozwija skrzydła, a batalie dają sporo frajdy, mimo wkradającego się do rozgrywki chaosu. Wspomniany chaos to zresztą jedna z głównych wad Battleborna. Bezpośrednio wpływa nań przekoloryzowana oprawa graficzna, która – choć może pochwalić się unikalnym stylem i miłymi dla oka widokami – bywa przy okazji męcząca, zwłaszcza gdy tkwimy w oku cyklonu, dookoła świszczą pociski, a przed nami kotłuje się zgraja walczących zawodników. Za dużo grzybów w barszczu po prostu. Co gorsza, w sytuacjach ogólnego zamieszania i wizualnego cyrku na kółkach zdarzają się również nieprzyjemne spadki płynności – rzecz niedopuszczalna w grze sieciowej, w której dodatkowo liczy się precyzja i szybkie reakcje.

Battleborn to gra z potencjałem i ambicjami, ale stoi w rozkroku, próbując pociągnąć zbyt wiele srok za ogon. Z jednej strony oferuje więcej, niż byśmy chcieli (bo chyba nikt nie liczył na singla w grze typowo sieciowej), z drugiej jednak sporo tu niedociągnięć na wielu płaszczyznach. Kolejne aktualizacje powinny rozwiązać pewne problemy i dostarczyć dodatkową zawartość, co oczywiście cieszy. Tylko czy nie będzie aby za późno? Konkurencyjny Overwatch już na starcie wydaje się daleko bardziej spójny i przemyślany. Ostateczny werdykt należy oczywiście do graczy, którzy zagłosują swoimi portfelami.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button