PC & KONSOLERECENZJA

Blasphemous

Protagonista gry hiszpańskiego studia The Game Kitchen wiedział, że to nie będzie dobry dzień. Ciężko bowiem za takowy uznać przebudzenie się w stosie nagich, martwych ciał, z których należy się wygrzebać aby po chwili chwycić za specyficzny miecz i ruszyć odprawiać pokutę za grzechy. I po chwili już spotkać pierwszego bossa, który z ochotą zapozna grzesznika z konceptem „git gud” oraz „die trying”. Tak, Blasphemous kopie w tyłek od samego początku i robi to z impetem.

Produkcja ta po raz pierwszy została zaprezentowana światu kiedy w 2017 roku autorzy postanowili ruszyć z kampanią crowdfundingową na Kickstarterze. Po dwóch latach oczekiwania, osoby które wsparły wówczas projekt (w tym ja!) oraz gracze w ogóle mogą zapoznać się z mrocznym światem Cvstodii w tym miksie łączącym elementy gier typu Metroidvania i Dark Souls. Mamy więc grę platformową 2D z dość prostym modelem walki (wzbogacanym specjalnymi umiejętnościami odblokowywanymi w ramach postępów gracza), w której eksplorujemy świat pokój po pokoju, zdobywamy przedmioty, otwieramy nowe przejścia i bijemy okazjonalnego bossa.

Pokutuj za grzechy!

Tym, co rzuca się w oczy od samego początku to niesamowicie opresyjny klimat gry – pixelartowa grafika jest pełna detali i po prostu bajecznie mroczna i animowana, wykorzystując fiksację twórców na punkcie religijnej ikonografii, rozmaitych grzechów i motywów quasi-religijnych godnych niejednego stosu. Atmosfera jest okrutnie ciężka, a uczucie to potęguje dość wysoki (acz bez przesady) poziom trudności – design lokacji, potworów czy też bossów potrafi nie raz wywołać efekt lekkiego szoku. Serio przy jednym ze spotkań z bossem przy pierwszym podejściu po prostu patrzyłem z opuszczoną jamą gębową w ekran zastanawiając się, co to za ohydne szkaradztwo widzę i co w ogóle się tam dzieje.

Motywy religijne w ich „najgorszym” wydaniu są obecne nie tylko w warstwie graficznej, ale również fabularnej, czy też w napotykanych postaciach pobocznych. Przez całą grę przewijają się motywy tzw. Miracle, które dla jednych wydaje się być błogosławieństwem woli wyższej – osoby podzielające inne zdanie z reguły są heretykami. Wszędzie napotkać można ciernie, motywy cierpienia za grzechy, pokutników i szukania sposobów na ukojenie gryzącego sumienia. Nie obędzie się przy tym bez okrutników, niesłusznie spalonych na stosie, zbrodniarzy udających świętych itp. Część historii przedstawiana jest w postaci monologów (bohater jest bowiem niemy, ot taka pokuta) innych postaci, z których sporą część można zupełnie pominąć albo nie zrealizować w pełni ich personalnych zadań. Sporo lore ukryto, wzorem gier From Software, w opisie znajdowanych przedmiotów. Osoby lubujące się w tym sposobie prowadzenia opowieści i przedstawiania świata znajdą tutaj więc sporo powodów do eksploracji każdego zakamarka dość sporego świata gry.

Sekrety ukryte w ścianach! W nich! I poza nimi!

Skoro o świecie mowa, to jak się rzekło, jest on całkiem pokaźnych rozmiarów jak na grę tego typu. Jest on podzielony na konkretne obszary, które cechuje unikatowy wygląd oraz napotykani wrogowie, czasami pojawiają się dodatkowe mechaniki jak np. eksploracja za pomocą labiryntu celi lub dochodzą nowe elementy krajobrazu, które często są mordercze dla protagonisty. Ot tutaj wylewają na gracza kadzie z rozgrzanym metalem, gdzie indziej wielkoludy noszący dzwony na sobie będą „bić” w ściany obok gracza, powodując jego upadki z platform albo przez cały pokój regularnie przelatywać będzie olbrzymie kadzidło. Na brak urozmaicenia lokacji nie ma co narzekać, co jest o tyle ważne, że eksploratorzy często będą wracać do już odwiedzonych miejsc. A to w poszukiwaniu przegapionych przedmiotów, a to szukając sekretów. Percepcję lokacji zmienić potrafią też rzadkie relikty, których odnalezienie natychmiast wyzwala w graczu impuls „muszę tam wrócić”. Przykładowo dwa dość wczesne do zdobycia relikty pozwalają na „podsłuchanie” trupów, których ostatnie słowa często zawierają jakąś poradę lub wskazówkę. Inny relikt pozwala na dostrzeżenie krwawych platform, pozwalających wskoczyć we wcześniej zupełnie niedostępne miejsca.

Nie wszystko heretyk, co płonie na stosie

Niestety, Blasphemous nie jest beczką czystego miodu – znajdzie się tutaj łyżka, a nawet dwie dziegciu. Gra ma kilka problemów, które z pewnością rozwiąże patch albo i dwa, takie jak niezapisywanie części ustawień (za każdym razem muszę ręcznie ustawiać grę na pełen ekran zamiast domyślnego okna) lub problematyczne „plamy krwi”, których zebranie pozwala odzyskać lokalny odpowiednik many. Od czasu do czasu zdarzą się problemy, takie jak mi wczoraj: jednocześnie w tym samym miejscu mogłem dokonać interakcji z dźwignią od windy oraz egzekucję przeciwnika. Co zrobiła moja postać po wyborze E (domyślny przycisk od interakcji)? Cóż… obie te rzeczy jednocześnie. To wyglądało naprawdę dziwnie. Technicznie tego typu problemy występują i twórcy muszą znaleźć na to receptę. Od czasu do czasu można również mieć pewne wątpliwości co do jakości niektórych hitboxów, ale to nie jest aż tak wielki problem.

Zdecydowanie większym problemem jest bowiem co innego. Mniejszym z nich w mojej opinii jest mapa, która aktualizuje się samoczynnie w miarę eksploracji świata. Nie zawiera ona zbyt wiele informacji, ale nawet jeśli przebolejemy obecne problemy, które zgłaszają gracze (np. część pokojów sama z siebie się pojawia na mapie, inne nie są nanoszone) to jest ona po prostu mało funkcjonalna. Brakuje możliwości dodania notatek albo chociaż ikon na poszczególne pomieszczenia – a w grze, w której do części sekretów nie da się dostać bez odpowiedniego reliktu ciężko oczekiwać idealnej pamięci gracza do każdej lokacji. NPC-e również nie są w żaden sposób zaznaczani i łatwo się pogubić w tym, kto gdzie jest i czego teraz wymaga jego quest.

Najgorsze jest jednak sterowanie. Serio, nie wiem kto wymyślił domyślne sterowanie, ale jest ono wręcz obsceniczne. WSAD + wszystkie niemal okoliczne klawisze, a do tego… KJL oraz M I i pewnie kilka innych, o których już zapomniałem. Naprawdę. Jedną z pierwszych rzeczy, które należy zrobić po odpaleniu gry to albo podpięcie pada albo zmiana obłożenia klawiszy – osobiście część akcji przesunąłem na sekcję numpada i żyje się od razu lepiej. I serio lepiej zrobić to od razu, bo inaczej możecie się zdziwić, że klawisz ESC nie robi w sumie nic. Aby wyjść do menu, trzeba kliknąć pierw M, a potem K. Nie, to nie żart. A i jest jeszcze myszka – nie dość, że jest ona zupełnie nieprzydatna do niczego (ani w menusach ani do przewijania opisów, do tego używa się I Y oraz U), to jeszcze kursor jest nieustannie obecny na ekranie i trzeba go ręcznie „przesunąć” gdzieś na krawędź, aby nie przeszkadzał.

Jeżeli twórcy wyeliminują te problemy – a bądźmy szczerzy, są one do naprawienia stosunkowo łatwo i szybko – to Blasphemous jest naprawdę dobrą „metroidvanią soulslike’ową”. Świetna wizja i stylistyka, piękny pixel art wyzwalający wręcz niepokój na widok kolejnych scen, solidny gameplay (przeklęta niech będzie grawitacja, mój arcywróg w sekcjach platformowych!), jest na co patrzeć i co lubić. Dla fanów gatunku pozycja w zasadzie obowiązkowa.

1+

Polubili to:

  • avatar
Tagi

Dodaj komentarz

Close
Close