PC & KONSOLERECENZJA

Brutal Legend

Wreszcie jesteś! Siadaj, siadaj, wszyscy czekają, już miałem zaczynać opowieść bez ciebie. Tak więc… Za siedmioma strunami, za siedmioma riffami, była sobie kiedyś kraina metalu. Strzelające ku niebu szczyty zdobiły fortece w kształcie czaszek, jak okiem sięgnąć wśród bujnej zieleni pyszniły się żelazne krzyże i wbite na sztorc miecze. Metalowe pająki przędły swe struny, mewy-wtyczki nie dawały spać skacowanym mieszkańcom, a pomniejsze zwierzątka radośnie podjadały krzewy w kształcie pęków kabli. Sielanka.

Wtedy jednak nadszedł zły lord Doviculus i rozpoczął swe rządy żelaznej ręki. Biedni metalowcy zostali zesłani do pracy w kopalniach części samochodowych, basiści musieli się ukryć w niedostępnych górach, a ostre laski zostały zmuszone do służby jako nałożnice w pałacu rozkoszy gubernatora Lionwhyte’a.

Czego w takim razie potrzeba? Rebelii, naturalnie, rebelii! Zepchniętej do narożnika, a jakże, lecz wciąż pełnej nadziei i gotowej na poświęcenia. Niech na jej czele stanie bohater bez skazy i zmazy, charyzmatyczny lider niosący żagiew wolności. U jego boku siostra, kobieta niczym wyjęta z obrazków Franka Frazetty, twarda niczym, cóż, metal. I wreszcie wesoła gotka o mrocznej przeszłości. We trójkę dadzą radę wszelkim przeciwnościom, prawda? Jakby to powiedzieć… nie do końca. Pod względem przymiotów osobistych są cacy, ale żadne z nich nie posiada nawet krztyny zdolności organizacyjnych. Niestety, nieodwracalnie przeminęły czasy, gdy grupka bohaterów niepostrzeżenie przekradała się na terytorium wroga, by zniszczyć jego miejsce mocy.

Kogo więc potrzeba do dopełnienia tej ekipy, by stanowiła drużynę gotową na spotkanie armii ciemności? Technicznego, a jakże! Dobry roadie wszystko zorganizuje, wszystko zaimprowizuje, wszystko załatwi. Tylko skąd takiego wziąć w krainie magii i miecza? Chyba z innego świata! Na przykład naszego, gdzie Eddie Riggs żałuje starych, dobrych czasów, prawdziwy metal został bowiem zastąpiony przez second wave of american tween melodic rap metalcore. Grany przez Jacka Blacka (kanalizującego swoją wewnętrzną Kung Fu Pandę) bohater jest w stanie naprawić wszystko… oprócz nowoczesnej muzyki. Kiedy więc ginie w wypadku na scenie, przenosi się do lepszego świata – zgadnijcie jakiego!

Po przybyciu na miejsce Eddie szybko łapie za ociekający testosteronem topór oraz stuningowaną przez Thora gitarę, nawiązuje kontakt z ruchem oporu i już jest gotowy skopać tyłki w słusznej sprawie! Wspaniały wstęp do fantastycznego erpega, prawda? A guzik! Brütal Legend jest hybrydą gry akcji z perspektywy trzeciej osoby oraz RTS-a. Dorzućcie do tego odrobinę Grand Theft Auto (głównym środkiem lokomocji po otwartym świecie jest piekielny hot rod) oraz kapkę Guitar Hero (niektóre akcje i ataki wykonuje się za pomocą grania solówek), et voila!

Droga, którą przyjdzie przebyć bohaterom jest długa i pokręcona… Wróć! Właśnie, że jest krótka i prosta – tryb dla jednego gracza to maksymalnie sześć do ośmiu godzin. Kolejne misje następują po sobie w liniowy sposób, a jedynym urozmaiceniem są zadania drugorzędne. „Urozmaicenie” też należy traktować z pewnym dystansem, bo (prócz kolekcjonowania „znajdziek”) cele poboczne można policzyć na palcach jednej ręki pijanego drwala. W dodatku często trwają nie dłużej niż minutę, więc trudno traktować je inaczej niż jako dodane na odwal się. Gdyby tylko nie fakt, że za wykonywanie ich dostaje się punkciki na usprawnianie oręża i rockmobilu…

Krótkość rozgrywki single jest o tyle przykra, że naprawdę było ją czym wypełnić – fabuła sprawnie odkrywa kolejne tajemnice, a postaci są fantastycznie scharakteryzowane. Niestety, w efekcie całokształt wydaje się nieco zbyt skompresowany, a historia nie ma czasu rozwinąć skrzydeł. Ma to swoje uzasadnienie w koncepcie artystycznym – kampania dla jednego gracza została pomyślana jedynie jako wprowadzenie do rozgrywki multiplayer. Jeśli spojrzeć na nią w ten sposób, to wywiązuje się z zadania z nawiązką, jednak trudno oprzeć się wrażeniu niedosytu.

Co mogę wam powiedzieć o elemencie RTS? Jest poprawny. Tylko i aż tyle. Do wyboru są trzy strony, nie różniące się aż tak bardzo w sposobie rozgrywki. Oprócz armii metalowców kontrolę można przejąć także nad bandą emo-gotów oraz kolesi ubierających się w ciuchlandzie obok klubu BDSM. Armią kontroluje się w sposób znany chociażby z Sacrifice czy stareńkiego Uprising – bezpośrednią kontrolę ma się tylko nad Eddiem, reszta sił jedynie wykonuje jego rozkazy. Poza tym śpiewka stara jak blues: przejmij kontrolę nad źródłami surowca (fanami), zbuduj rafinerie (budy z merczandajzem), zakup armię i zrób rusha w kierunku bazy wroga (sceny koncertowej). W razie gdyby twoi pomagierzy nie radzili sobie sami z przeciwnikami, rozłup parę czerepów za pomocą topora. Standard zatwierdzony w ramach przepisów BHP.

Część RTS jest o tyle nieprzyjemna, że port został zupełnie nieprzystosowany do możliwości oferowanych przez nową platformę. Moi drodzy, kiedy ostatnio widzieliście strategię czasu rzeczywistego, w której nie można było szeregować oddziałów za pomocą ctrl+cyfry? Albo jeszcze lepiej: by wydać rozkaz konkretnej jednostce trzeba stanąć przy niej, zaznaczyć ją (przytrzymując klawisz), po czym wycelować w miejsce przeznaczenia i dopiero wtedy wydać rozkaz. Koszmar, koszmar. Grajcie na padzie. Pomyślałby kto, że przez taki szmat czasu można by dopracować interfejs…

Słucham? Kto powiedział, że tak czy inaczej cztery lata czekania na konwersję to parodia? Taki szmat czasu w tym biznesie to już epoka, czyli macie jedyną w swoim rodzaju szansę zetknąć się z produktem, który jest klasykiem już w chwili wydania! Więc nie narzekać! Zresztą dzięki tematowi i komiksowej grafice gra nie zestarzała się ani na jotę. Podkręcona rozdzielczość i wodotryski sprawiają, że w 2013 roku Brütal Legend może się bez trudu mierzyć z dowolnym parweniuszem, który wyszedł w ciągu ostatnich lat.

No dobra, może tekstury nie należą do pierwszej ligi… Ale to nie ma znaczenia! Zapomnijcie o gałach, bo w tę grę należy się bawić za pomocą dodatkowej pary uszu! Wczoraj zadałem wam zadanie nauczyć się najjaśniejszych gwiazd, które można usłyszeć na soundtracku, więc zobaczmy, kto tu bierze edukację na poważnie! Black Sabbath, świetnie! Judas Priest, a jakże! Motorhead, nie inaczej! Megadeth, w rzeczy samej! Wystarczy, opuśćcie już te łapy, bo wam śmierdzi spod pach. Krótko mówiąc, jeśli jest jakiś zespół zasłużony dla klasycznego metalu i hard rocka, to ma on swoje miejsce na liście obecnych. Powiedziałbym, że miód dla uszu, ale ponieważ miód jest dla cieniasów, mówię: METAL dla uszu! Dodatkowym smaczkiem są cameo gwiazd: Ozzy Osbourne wciela się w sprzedającego upgrade’y Strażnika Metalu, a Lemmy Kilmister w Kill Mastera (duh!) szamana leczącego delikatnymi dźwiękami strun basu. Rob Halford podkłada natomiast głos pod gubernatora Lionwhyte’a, wyglądającego niczym zestawienie wszystkich hairmetalowych stereotypów naraz. Nie można narzekać, że grze brakuje dystansu wobec siebie samej.

Brütal Legend jest listem miłosnym wysłanym pewnym czasom, które przeminęły i już nie wrócą… Co? A nie, skądże, tylko coś mi wpadło do oka, nie przejmujcie się. Ta laurka byłaby jeszcze piękniejsza, gdyby postawiono na to, co jest rzeczywistą siłą tej produkcji, zamiast redukować ją do elementu scenografii. Nie, wcale nie mam zamiaru krytykować decyzji artystycznych ekipy kreatywnej, to byłoby bardzo nieprofesjonalne z mojej strony! Tymczasem jednak… Nachylcie się, to powiem wam coś na uszko: Tim Schafer nie potrafi kontrolować swego geniuszu. Wymyślił pomysł-samograj, a potem zdecydował, by koniec końców stanowił jedynie tło w zupełnie przeciętnej pod względem rozgrywki strategii czasu rzeczywistego. Tutaj moglibyśmy sobie uciąć dłuższą pogawędkę na temat wolności artystycznej i zewnętrznych nacisków, ale po co? Wystarczy powiedzieć, że szkoda, iż akcenty nie zostały rozłożone nieco inaczej. To jednak nie powinno was zniechęcić, bowiem produkcja studia Double Fine jest przedstawicielką wymierającego gatunku – produktu, w którego stworzenie włożono serce i duszę. W efekcie gra ma charakter i pokazuje pazura, zostając w pamięci jeszcze długo po tym, jak rozbrzmi ostatni akord.

Opinia z perspektywy czasu: Żeby nie było – całą winą za fałszywy marketing ponosi EA, ale człowiek czasem się zastanawia jak dobrą grą byłoby Brutal Legend, gdyby faktycznie było action-adventure a nie hybrydowym RTS-em.

Cardi

Zaczynał od GX486 oraz Commodore i od tego czasu rozłąka ze sprzętem nigdy nie była dłuższa niż dwa tygodnie. Zatwardziały singlowiec, z naciskiem na RPG i strategie. Wstydliwy członek PC Master Race, gotów zmienić obóz dokładnie w momencie, gdy jakakolwiek inna platforma okaże się lepsza. Socjolog z papierami. Popkulturysta, starający się trzymać rękę na pulsie cywilizacji różnokolorowego człowieka. Lubi zapach starych audiobooków. Prawie robi pompkę na jednej ręce.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button