PC & KONSOLERECENZJA

Carmageddon: Reincarnation

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Powroty nie są łatwe. Carmageddon, szczególnie druga odsłona, to jeden z moich pierwszych kontaktów z grami na PC. Nawet nie posiadając własnego komputera, regularnie odwiedzałem sąsiadkę posiadającą potężnego wówczas Pentiuma i kartę graficzną 3Dfx Voodoo, aby delektować się totalną rozwałką i zniszczeniem w dziele Stainless Games. Nie znając angielskiego, nie wiedząc jak zapisywać stan gry, bawiliśmy się świetnie i nie wyrośli z nas żadni masowi mordercy. Teraz zaś wspomnienia muszą zaliczyć czołową kolizję z realiami współczesnymi za sprawą świeżo wydanego Carmageddon: Reincarnation.

Przyznaję, że kiedy tylko usłyszałem o zbiórce na ufundowanie prawdziwego Carmageddona tworzonego przez ojców oryginału, bez dłuższego namysłu dorzuciłem swoje kilka dolców do kickstarterowej kampanii. Przez długi czas nie miałem żadnych oczekiwań, zagrałem tylko we wczesną alfę, podczas której dostępne były tylko dwie mapy z placeholderami zamiast tekstur. Potem przyszła beta, ze swoją tragiczną optymalizacją, którą szybko wyrzuciłem z dysku, łudząc się, że przecież ciągle jeszcze daleka droga do pełnej wersji.

I cóż, premiera nadjechała i na dzień dobry walnęła mnie z glana w twarz. Gdybym nie wiedział, to pewnie myślałbym, że nadal gram w betę, a do premiery pozostało jeszcze przynajmniej kilka tygodni. Tymczasem Stainless Games wydało małego potworka, który owszem – budzi wspomnienia – ale jednocześnie przypomina, jak bardzo zmienił się świat gier, jak cała branża poszła do przodu. Ale o tym za chwilę.

Na początek mała informacja dla tych z Was, którzy nie wiedzą, czym w zasadzie jest Carmageddon. Ta zapoczątkowana w latach 90’tych seria ścigałek wyróżniała się tym, że wyścigi w post-apokaliptycznym świecie można było wygrać na trzy sposoby: zaliczając wszystkie checkpointy (nuuuuda!), przejeżdżając wszystkich pieszych na danej arenie (co było nieco upierdliwe) lub rozwalając konkurentów (yay!). Carmageddon charakteryzował się nie tylko kontrowersyjnymi (jak na tamte czasy – gra doczekała się sporej ilości banów i cenzurowanych wersji w wielu krajach) możliwościami zamieniania staruszek i krów na krwawą miazgę, ale również świetnym modelem zniszczeń.

Carmageddon: Reincarnation wskrzesza to wszystko, dodając tu i ówdzie coś od siebie. Ponownie możemy wcielić się w Maxa Damage lub Die Annę, zasiąść za sterami Eagle’a (lub innego wozu, który odblokujemy), a następnie wziąć udział w serii krwawych wyścigów. Głównym daniem jest tryb kariery, podczas którego odblokowujemy nowe trasy, auta oraz wykupimy ulepszenia, dodając więcej kolców, ostrzy na felgach, kolejną warstwę pancerza lub mocniejsze nitro. Nostalgia atakuje z miejsca, bowiem spora część map to przerobione wersje znanych z wcześniejszych części lokacji, które przypominają areny śmierci z kilkoma setkami pechowych osób zamkniętych z grupą psycholi w pancernych wozach. Wśród wariatów za kółkami znajdziemy samych znajomych, wliczając w to uciążliwy wóz policyjny, który lubuje się w namierzaniu pojazdu gracza i zamieniania go w płonącą kupę złomu.

W sianiu śmierci, chaosu i ogólnego zamieszania pomogą znajdźki w postaci power-upów, których efekty mogą być najrozmaitsze: niektóre po prostu przyznają nam dodatkowe kredyty, wydłużą czas pozostały do końca wyścigu, ale prawdziwy fun zaczyna się dalej. Na porządku dziennym jest odnajdywanie zamrażających promieni, opatentowanego przez Acme “wzmacniacza wpierdolu”, dostawanie kuponów na darmowe naprawy, czy też cacka posyłającego przeciwników w przestworza. Za jednym dotknięciem przycisku możemy zelektryzować cały stadion, albo wjechać w tłum doczepiwszy uprzednio z tyłu auta wielką, kolczastą kulę. Albo spowodować lokalne trzęsienie ziemi. Power-upów jest mnóstwo i zapewniają sporo frajdy, zwłaszcza że korzystać z nich mogą również przeciwnicy. Chaos!

Poza klasycznym trybem Carma, twórcy dodali od siebie kilka innych atrakcji, takich jak wyścig do losowo rozmieszczanych checkpointów, czy też wyzwanie polegające na przejeżdżaniu wybranego typu ludzi. Trybów jest całkiem sporo i dodają pożądanej świeżości, pozwalając na nieco inne podejście do sprawy. Ale i tam musi znaleźć się okazja do zrobienia większego zamętu, chociażby za sprawą tego, że rozwalanie przeciwników może i nie eliminuje ich na dobre z gry – ale pozwala ukraść ich punkty. Często więc znajdowałem się w sytuacji, gdzie jeden utrapieniec cały czas sprzątał mi sprzed nosa wszystkie staruszki – wtedy też wystarczyło zmienić taktykę i po prostu potraktować dziada z wielkiego, wystrzeliwanego kowadła, aby trochę mu tych punktów odjąć i ostudzić zapędy do wygrywania.

To wszystko nie brzmi źle, prawda? I owszem, gra potrafi bawić. Wszechobecny jest dość kloaczny humor, wbijanie się w przeciwników na pełnej prędkości i obserwacja efektów zderzenia to przyjemność, wspomagana mnóstwem znajdziek, czasami dziwacznych (skakanie jak kangur, tryb pinballa lub też demolka własnej karoserii) i wprowadzających jeszcze więcej chaosu do wydarzeń rozgrywanych na ekranie. Owszem, branża może i poszła do przodu, ale nisza po serii Carmageddon pozostawała pusta aż do dzisiaj. I to nadal potrafi dać mnóstwo frajdy.

Problem w tym, że cała radość jest skutecznie torpedowana przez problemy techniczne, a konkretnie fatalną optymalizację. Już od czasów bety gracze skarżyli się, że gra ma w tym względzie olbrzymie problemy. I do dzisiaj nic się w tym zakresie nie zmieniło – nawet posiadając naprawdę potężny sprzęt, można zapomnieć o stabilnej liczbie klatek na sekundę, o 60 fps-ach nie wspominając. I to nawet na niskich ustawieniach graficznych! Posiadając i5-4690K i GeForce GTX 970 nijak nie mogłem uzyskać stabilności.

Gdyby ten brak optymalizacji i ogólne problemy z wydajnością dało się chociaż wytłumaczyć grafiką, ale nie! Z wyjątkiem imponujących modeli aut (wyglądają naprawdę dobrze w każdym stopniu zezłomowania), gra wygląda jakby miała na karku dobre 10 lat. Momentami naprawdę ciężko było nie zastanawiać się, czy Carmageddon TDR nie wyglądał podobnie, albo i lepiej. Areny, po których szalejemy są pozbawione detali i jakichkolwiek efektów. Żadnej pogody, zmiennych pór dnia, nic. Oświetlenie jest proste, tekstury najzwyczajniej w świecie brzydkie, a modele pieszych i innych obiektów w świecie gry mają mniej wielokątów, niż lewa pierś Lary Croft w ostatnim Tomb Raiderze.

Twórcy chcieli wskrzesić Carmageddon i to zrobili – wliczając sterowanie, które jest kropka w kropkę identyczne z tym znanym z jedynki i dwójki. Nowi gracze mogą więc mieć problem z przestawieniem się na obsługę gry za pomocą obu dłoni na klawiaturze, naprawianiem auta poprzez backspace i wybieraniem power-upów za pomocą przycisku “i”. Zapomnijcie o takich udogodnieniach jak możliwość rozglądania się za pomocą myszy. 100% retro. I to raczej na minus, albowiem kilka rozwiązań śmiało można było zmodernizować bez szkody dla całokształtu produkcji. Zachowano nawet dziwaczny sposób zachowywania się pojazdów – które sterują się jak lodowiec na speedzie, a kontrolę traci się często i gęsto. Szwankuje szybkość reakcji gry na wciskane klawisze – zupełnie jakby auto było w pewnym stopniu niezależne. To w połączeniu z fatalną wydajnością sprawia, że niemal niemożliwe jest wykonywanie bardziej precyzyjnych manewrów i zamiast przykładowo wbić się w grupę pieszych, wpadamy na minę leżącą dobre kilka metrów obok.

Carmageddon: Reincarnation miał być wskrzeszeniem serii, powrotem do korzeni. I pod wieloma względami się to twórcom udało. Pytanie tylko, czy w tym dążeniu do zachowania klimatu oryginału nie przesadzono i nie przegapiono możliwości poprawy elementów, które na tym zdecydowanie by skorzystały. Poprawione sterowanie, kontrola pojazdów i przede wszystkim jakakolwiek optymalizacja sprawiłyby, że byłbym w stanie tę grę polecić nie tylko najbardziej oddanym fanom serii. Niestety w obecnym stanie dzieło Stainless Games to potworek, w którym szwankuje zdecydowanie zbyt wiele rzeczy – również AI i taka drobnostka, jak ulepszenia w sklepie, które nijak nie wpływają na wygląd auta (nawet jak kupuje się wielgachne kolce na przednią maskę). Nie zasiadajcie za kółkiem tego wozu – zamiast kół ma on galaretowate ośmiokąty, kierownicę zastępuje patyk, a silnik czasami odpala, a kiedy indziej po prostu odmawia posłuszeństwa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button