PC & KONSOLERECENZJA

Dead Nation: Apocalypse Edition

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Żywe trupy zadomowiły się w popkulturze na dobre i z powodzeniem szturmują każdy możliwy front – od komiksów, przez filmy czy seriale, na grach kończąc. I oczywiście ani myślą udać się na zasłużony spoczynek.

Dead Nation to pochodna produkcji, które w zamierzchłej przeszłości były mniej lub bardziej udanymi kalkami Alien Breeda, a bliżej czasów nam współczesnych kojarzyły się przede wszystkim z klonami Alien Shootera bądź Shadowgrounds. Jak łatwo się więc domyślić, kamera w Dead Nation ukazuje akcję z rzutu izometrycznego, a cała zabawa sprowadza się jedynie do eksploracji i wybijania do nogi watah przeciwników, w tym przypadku zombiaków. Nie owijając w bawełnę – to gra głupia i prymitywna, ale na szczęście to ten szczególny przypadek, w którym płytkiej rozgrywki nie należy traktować jako wady, bo przy okazji jest to produkcja piekielnie wciągająca.

Dead Nation zadebiutowało przez kilkoma laty na PS3, ostatnio zaś szczęśliwi posiadacze “pleja czwórki” mogli zakosztować odświeżonej wersji tego przeboju. Nowa edycja o podtytule Apocalypse Edition oferuje dokładnie te same dobroci, co oryginalna gra wespół z dodatkiem Road of Devastation, a jedyne różnice sprowadzają się do zwyczajnej kosmetyki – rozdzielczości podbitej do 1080p, lekko poprawionych tekstur i oświetlenia oraz wykorzystania głośniczka w padzie do informowania nas o używanej aktualnie broni. Cała reszta to stary dobry Dead Nation z garścią znanych spluw, pakietem tych samych map i szalenie wciągającym trybem kooperacji dla dwóch osób (można bawić się zarówno przy jednej konsoli, jak i przez sieć).

Dead Nation to również świetna gra dla tych graczy, którzy lubują się w biciu rekordów i porównywaniu wyników z innymi. Nasze destrukcyjne zapędy przeliczane są na punkty; oczywiście im lepiej radzimy sobie na placu boju bez zgonu po drodze, tym wyższy mnożnik punktów otrzymujemy. W trakcie przygody przebijamy się przez zróżnicowane i dość klimatyczne miejscówki. Czasem brniemy po ulicach miasta, lawirując pomiędzy wrakami samochodów, kiedy indziej przemykamy przez pogrążony we mgle park lub w rzęsistych strugach deszczu próbujemy odnaleźć drogę na zdewastowany komisariat policji.

W trakcie eskapady liczba zabitych idzie w tysiące (cieszy także spore zróżnicowanie w szeregach wroga – obok klasycznego mięsa armatniego pojawiają się również jednostki znacznie większe, twardsze i trudniejsze do ubicia), istotne jest więc uzbrojenie, którym dysponujemy. Na podstawowym wyposażeniu znajdziemy zaledwie jedną spluwę z nielimitowanym zapasem amunicji, ale dość szybko wachlarz narzędzi mordu uzupełniamy o znacznie ciekawsze zabawki, w tym karabin maszynowy, strzelbę czy miotacz ognia. Pomocne okazują się również flary przyciągające nieumarłych, granaty, miny i koktajle Mołotowa. Zarówno broń, jak i cenną amunicję kupujemy w specjalnych sklepach, które pojawiają się przy każdym punkcie kontrolnym. Tam też możemy ulepszyć posiadane pukawki, zwiększając przykładowo szybkostrzelność, moc czy pojemność magazynka. Za wszystkie te dobra płacimy kasą zebraną w trakcie kampanii – otrzymujemy ją nie tylko za każdą odstrzeloną makówkę, warto więc zaglądać w każdy kąt, sprawdzać bagażniki samochodów i otwierać skrzynki, zwłaszcza, że w tych ostatnich można znaleźć również lepsze elementy pancerza.

Środowisko, w którym się poruszamy, oferuje kilka alternatywnych sposobów gromienia zombiaków. Oczywiście nie brakuje klasycznych beczek z paliwem, ale na szczęście na tym rzecz się nie kończy. Jednym z ciekawszych patentów jest wabienie truposzy dźwiękiem, a do tego świetnie nadaje się alarm antywłamaniowy zainstalowany w samochodzie. Gdy tylko strzelimy w zamknięty pojazd i rozlegnie się dźwięk syreny, wszyscy jak jeden mąż polecą do auta i będą je solidnie okładać, to zaś sprawi, że po kilku sekundach wózek zacznie płonąć, a koniec końców eksploduje, wyrzucając fragmenty rozerwanych ciał w promieniu kilkunastu metrów.

Gra jest przyjemnie wymagająca, ale zaliczam to akurat na plus. W końcu apokalipsa zombie to nie przelewki, więc nawet na normalnym poziomie trudności powinno się od nas wymagać jako takiego skilla i wyhodowania oczu z tyłu głowy. Zresztą dla miłośników luźniejszego podejścia do tematu pozostaje poziom „martwica mózgu”, na którym gra jest znacznie prostsza, więc praktycznie każdy się tu odnajdzie.

Czy warto zainteresować się tym tytułem? Cóż, jeśli ograłeś oryginał sprzed lat, to nieszczególnie, bo poza kosmetycznymi zmianami dostajemy dokładnie ten sam produkt. Jeśli natomiast premiera w 2010 roku jakoś cię ominęła, a twoja PS4 zbiera kurz, bo nie masz w co grać, warto jak najbardziej. Niby fajnie, że Dead Nation otrzymało szansę na drugą młodość, bo tego typu rozgrywka nie ma prawa się zestarzeć i ścieranie z powierzchni ziemi tysięcy nadgnilców bawi dziś dokładnie tak samo jak przed laty. Tylko czy dla takiej drobnicy ktoś kupuje sprzęt nowej generacji?


Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close