ANIMERECENZJA

Houseki no Kuni – recenzja

Shiny!

Odległa przyszłość – tak odległa, że ludzkość jest ledwo dostrzegalnym pyłkiem na kartach historii, a sama planeta przeszła tyle kataklizmów, że na jej powierzchni nie uchowało się w zasadzie nic po naszej cywilizacji. Doszło między innymi do zderzenia z kilkoma meteorytami, które spowodowały, że Ziemi przybyło kilka nowych naturalnych satelitów a sama planeta znacznie się zmniejszyła. Jednakże ukryte głęboko pod ziemią pozostałości po ludzkości po wielu milionach lat stały się czymś… innym.

Na tej sponiewieranej powierzchni przetrwało niewiele form życia, które przystosowały się do nowych warunków. Najważniejszą z nich są żywe klejnoty – w zasadzie nieśmiertelne, bezpłciowe minerały, wewnątrz których żyją specyficzne mikroorganizmy. Z niewyjaśnionych przyczyn są one humanoidalne, wręcz ludzkie: noszą nawet proste ubrania, a powierzchnię swych “ciał” pudrują upodabniając ją do skóry. Wystarczy jednak rzut oka na kolorowe fryzury oraz sposób poruszania się, aby dostrzec że te istoty nie są ludźmi.

Największym problemem z jakim zmagają się te żywiące się energią słoneczną żywe minerały są najazdy dziwnych istot z księżyca, zwanych Lunarianami. Przybywają one na dziwnych konstrukcjach i są niemalże eteryczne, jednocześnie zjawiskowo urokliwie oraz śmiertelnie niebezpieczne. Dlaczego przybywają na ziemię i polują na klejnoty? Czy czynią to z jakiejś potrzeby, czy to po prostu zachcianki na zdobycie pięknych kamieni szlachetnych jako ozdoby?

Wiele rzeczy pozostaje nieznanych albo niedopowiedzianych w serii, którą wiele osób traktuje jako niemalże filozoficzną rozprawkę na temat roli jednostki w społeczeństwie, chęci zmiany wewnątrz oraz na zewnątrz siebie i podobnych tematów. Uważam, że tego typy zachwytów są na wyrost i faktycznej filozofii tutaj nie uświadczymy (chyba, że ktoś się naprawdę uprze), niemniej cieszy poznawanie kolejnych klejnotów i ich charakterystyki, nawet jeśli tylko dość powierzchownie. Łącznie w niewielkim społeczeństwie znajduje się niespełna 30 różnego rodzaju “gemów”, podzielonych na typy i mające przydzielone im na stałe role. Mamy więc twarde i piękne diamenty doskonale spełniające się w walce, organizujący pracę innych jadeit, rutyl w roli medyka itd. Główną postacią w show jest z kolei fosfofilit, należący do grona najmniej twardych mieszkańców tej niewielkiej osady.

Z Phos (jak w skrócie nazywana jest ta postać) jest ten nietypowy problem, że nikt nie wie czym w ogóle ma się zajmować. To za słaby typ minerału, aby móc walczyć bez obawy zostania kupką ślicznych zielono-niebieskich kamieni leżących na ziemi. Co prawda minerały są nieśmiertelne i można je z powrotem “złożyć w całość”, ale w przypadku Phos nie wychodziła by ona z lokalnego odpowiednika szpitala, gdyby miała pójść na front. Do innych zadań również się nie nadaje. Początkowo jawi się ona (używam formy żeńskiej, bo aparycja wszystkich gemów jest dość dziewczęca) jako bezużyteczny kawał dość pyskatego klejnotu z lekko wybujałym ego – na szczęście to tylko fasada, za którą znajduje się sporo introspekcji oraz podążająca za nią chęć do zmiany. I okazja ku temu się nadarza, acz nie w sposób, w jaki Phos albo ktokolwiek inny sobie to zapewne wyobrażała.

I właśnie zmiany Phos są esencją Houseki no Kuni – obserwowanie jak desperacko próbuje stać się użyteczna, wbrew wszelkim oczekiwaniom i posiadanym (a raczej ich braku) zdolnościom. Początkowo wszelkie próby są z góry skazane na niepowodzenie – tutaj można by dodać kolejną quasi-filozoficzną warstwę o próbie przemiany jednostki w ramach nienaruszalnej hierarchii społecznej złożonej z istot nieśmiertelnych i wiecznie pełniących tę samą, przypisaną dawno temu funkcję. W ramach kolejnych wydarzeń zmiany stają się jednak realne, a anime zaczyna dodatkowo sugerować, że wiedza postaci o zamieszkanym przez nie świecie jest nie do końca pełna.

Bez rzucania spoilerami, zmiany następują i są one na tyle drastyczne, że można by je uznać za niezbyt realistyczne – acz mowa tutaj o żyjących klejnotach, a nie istotach ludzkich więc można to jakoś wytłumaczyć. Cieszy sam rozwój postaci, nawet jeśli jest on mało wyszukany, ale dodaje odrobinę głębi. Szkoda, że nikt inny takowej przemiany nie przechodzi. Najbardziej jednak szkoda, że sugerowane tajemnice i ogólnie struktura świata nigdy nie dochodzą do niczego nawet będącego wstępem do konkluzji. Kiedy akurat coś ma się w tym temacie zacząć dziać, seria ucina się i drugiego sezonu na razie nie widać na horyzoncie. Nie wiem jak tam sprawa wygląda z materiałem źródłowym, czyli mangą, ale ta również nie została ukończona. Ciekawość więc pozostaje niezaspokojona.

Tym co bodajże najbardziej wyróżnia Houseki no Umi i zdecydowanie rzuca się w oczy to oprawa wizualna. Wiele się mówi o tym, że CGI (grafika generowana komputerowo) to zmora nowożytnego anime i studia sięgają po nią celem obniżenia kosztów produkcji. I z reguły efekty są mierne, o ile nie po prostu marne. Przypadki dobrze zrealizowanego CGI są nadal dość rzadkie, ale Houseki no Umi jest zdecydowanie w tej kategorii. W zasadzie tutaj komputerowo realizowane obrazy są nie tyle “uzupełnieniem” klasycznej animacji, co czymś, co od początku było wpasowane w powstanie anime. Widać to nie tylko podczas animacji postaci i całkiem przyjemnych widoków (szczególnie kołyszącej się na wietrze trawy), ale podczas całych scen, podczas których “kamera” czasami potrafi przemieszczać się iście jak w grach komputerowych pozwalając uzyskać finalne efekty godne pozazdroszczenia przez klasyczną animację. Szczególnie rzucają się tutaj sceny biegu jednej lub kilku postaci przez wyspę oraz jedna, zrealizowana “jednym ciągiem” scena skradania się, która naprawdę przypomina jakby była zrealizowana przez jakieś studio tworzące gry. Owszem, czasami 3D odrobinę razi w oczy tu i tam, ale i tak jest to prawdopodobnie najlepiej zrealizowane CGI jakie widziałem. Sam efekt “kryształów” jest godny uwagi!

Podsomowując, Houseki no Umi okazało się całkiem przyjemną, acz nieco za krótką serią. Brakuje tutaj rozwinięcia ledwo rozpoczętych wątków, nie wiadomo nawet czy przemiana jednej z “gemów” będzie miało wpływ na strukturę reszty grupy, czy może jej przykład doprowadzi do swego rodzaju ewolucji. Graficznie i dźwiękowo jest naprawdę dobrze (acz opening i ending omija się po pierwszym usłyszeniu), a postaci nie drażnią i nie sprawiają, że człowiek ma ochotę rzucić butem w monitor. Ot, przyjemny seans, który mógł być czymś więcej.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close