ARTYKUŁRÓŻNOŚCI

Last.fm – ostatni gwóźdź do trumny?

Serwis last.fm lata świetności ma dawno za sobą i nic nie wskazuje na to, aby strona kiedykolwiek miała odzyskać chociaż część dawnego ruchu internetowego. Czynników, które wpłynęły na taki stan rzeczy jest oczywiście sporo, ale najnowsza decyzja o cenzurowaniu bazy wykonawców równie dobrze może być ostatnim gwoździem wbijanym w wieko trumny serwisu.

Dla tych, którzy nie znają last.fm – idea jest prosta i stara. Ta założona w 2002 roku platforma służy jako swoista baza danych – tyle, że tymi danymi są gusta muzyczne użytkowników. Używając oficjalnej aplikacji serwisu albo jednej z dziesiątek wtyczek do popularnych odtwarzaczy muzycznych, użytkownik może wysyłać do strony informacje o odtworzeniach kawałków muzycznych, co generuje po pewnym czasie imponującą bibliotekę i jest de facto odzwierciedleniem gustu muzycznego danego użytkownika. I na podstawie tej bazy danych polecani byli kolejni artyści na podstawie algorytmów oraz wykonawców występujących u innych użytkowników słuchających podobnego stylu muzycznego.

Możliwość dowolnego przeglądania swojej biblioteki w różnych aspektach czasowych to obecnie jedyna dobra „rzecz” w całym serwisie.

Sam posiadam konto w serwisie od 2005 roku – od tamtej pory „nabiłem” ponad 320.000 odtworzeń utworów ponad tysiąca różnych wykonawców. Nigdy niczego nie usuwałem ze swojej biblioteki i sprawdzanie jak np. wyglądała moja topka utworów albo kapel w okresie X czasu zawsze było ciekawą i po prostu przyjemną czynnością. W dobie świetności last.fm ludzie mogli nie tylko „nabijać” statystyki, przeglądać profile innych osób, ale również wdawać się w ożywione dyskusje na specjalnych grupach lub w shoutboxach wykonawców, odkrywać koncertujące w okolicy kapele oraz poznawać podziemną scenę np. Tajlandii.

Stare dobre czasy

To było jednak w dawnych czasach. Sposób słuchania muzyki przez ludzi się zmienił – mniej ludzi posiada dedykowane biblioteki „fizycznych” plików, znacznie więcej zyskał streaming mediów, więcej słuchamy „na chodzie”. To nie pozostało bez wpływu na liczby odwiedzin i nowych użytkowników serwisu.

Źródło: Alexa

Serwisu, który jednak od lat (szczególnie od przejęcia przez CBS Corporation) wydaje się być coraz bardziej oderwany od tworzących go fanów muzyki. W 2014 roku strona straciła radio, a menadżer muzyki pozwalający artystom na wczytanie do serwisu własnych utworów stał się niedostępny – co gorsza sami artyści totalnie stracili przy tym dostęp do swojego katalogu. Wszystko to zostało zastąpione kiepsko działającą integracją ze Spotify, a do tego szybko doszła wersja beta, która… została wmuszona w każdego.

Źródło: Similarweb

Beta była przez kilka miesięcy obecna jako opcjonalna wersja strony do wglądu i było widać gołym okiem, że potrzeba tam jeszcze sporo pracy, aby przejście na nią miało sens. Jednakże zarząd last.fm uznał w sierpniu 2015 roku, że dotychczasowa wersja strony zostanie na stałe wyłączona, a beta (!) stanie się jedynym sposobem na obcowanie z serwisem.

Upadek

Od tamtej pory mijają cztery lata, a strona jak nie odzyskała części bazowej funkcjonalności, tak dalej ich nie ma. W dalszym ciągu nie ma grup, for dyskusyjnych, rozbudowanej sekcji „o mnie” tak chętnie dawniej wykorzystywanej przez użytkowników i wielu innych elementów, które były obecne w poprzedniej wersji. Aktualizacje są rzadkie i często zupełnie nijakie, nie wnoszące niczego pozytywnego, a jedynie gmatwające bez sensu design poszczególnych podstron. A część funkcji, które dawniej byłyby bazową funkcjonalnością są teraz ukrywane za paywallem w postaci subskrypcji. Nic dziwnego, że popularność strony spada coraz bardziej, a serwisy typu Alexa jasno wskazują na malejącą ilość odwiedzin.

Ostatnia decyzja może być równie dobrze jedną z ostatnich dla last.fm. Tydzień temu grupa użytkownik zauważyła, że profile niektórych wykonawców zostały… wyczyszczone. Dosłownie zniknęły wszelkie zdjęcia, shouty użytkowników na danym profilu, okładki albumów, a nawet takie elementy jak wbudowana wiki. Ot czystka. Dotyczy to w zasadzie tylko artystów metalowych, głównie ze scen black i death metalowej. Dopiero po około dobie nadeszła oficjalna odpowiedź zespołu last.fm, który przyznał, że dokonali aktualizacji mającej sprawić, że „będzie trudniej użytkownikom trafić na nienawistną treść”. Cenzura.

Tak wygląda profil wykonawcy po „czystce”

W mętnym uzasadnieniu serwis powołuje się na swój Terms of Use – czyli regulamin zaktualizowany ostatnio 2 czerwca 2015 roku. Użytkownicy słusznie wytykają zarządowi, że „czystka” jest bardzo wybiórcza i często obejmowała kapele zupełnie niezwiązane z nacjonalizmem albo ruchem neo-nazistowskim, jednocześnie zupełnie nie ruszając „artystów” hip hopowych i raperów z lubością nawołujących do „zabijania białasów” lub traktowania kobiet jako przedmioty. To najwyraźniej jest zupełnie w porządku. A skoro już cenzura się zaczęła i wszelka mowa nienawiści ma być usunięta z „przestrzeni publicznej” serwisu, to zaraz zbanowane zostanie z 60% sceny metalowej w ogóle. Dlaczego w ogóle wprowadzenie tego teraz i to po cichu? Liczyli, że nikt z pozostałych jeszcze użytkowników się nie zorientuje? Że nie powstanie szum i sprawa zrobi się nieprzyjemnie głośna? Czy te zasady istniały wcześniej i po prostu nikt się nimi nie przejmował, czy zostały wprowadzone niedawno, ale nikt nawet nie pokwapił się zaktualizować regulaminu? Czy kiedykolwiek tego typu cenzura odniosła w ogóle zamierzony efekt? I dlaczego developerzy zamiast pracować nad funkcjami, o które społeczność upomina się od czterech lat, wolą wynajdywać nowe problemy i robić wszystko, aby całość jeszcze bardziej pogrążyć?

Last.fm jest od dawna oderwane od rzeczywistości i od swoich użytkowników. Cenzura równie dobrze może być ostatnim gwoździem do trumny. Szkoda tylko, że na rynku w zasadzie nie ma prawdziwego konkurenta – już dawno przeniósłbym się z tego tonącego statku.

Tagi

Dodaj komentarz

Sprawdź również

Close
Close
Close