PC & KONSOLERECENZJA

Leisure Suit Larry: Reloaded

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Patrząc wyłącznie przez pryzmat sentymentów, z próby zmierzenia się z legendą ekipa Replay Games wyszła zwycięsko. Całkowicie odświeżona grafika i do tego stary dobry Larry, a wraz z nim wszystko, co dla tej serii charakterystyczne – niewybredny humor, niejednokrotnie absurdalne zagadki i pretekstowa fabuła orbitująca wokół napalonego nieudacznika pragnącego w końcu zaliczyć jakąś pannę.

Żadnego ratowania świata, odkrywania nowych lądów czy przeżywania niestworzonych przygód. To nie ten adres. W świecie Larry’ego Laffera problemem numer jeden okazuje się zdobycie prezerwatywy, by przypadkiem nie złapać jakiegoś syfa od prostytutki o wątpliwej urodzie. Perypetie naszego fajtłapowatego bohatera dowcipem stoją. Pal licho, że kręcą się wokół wiadomej tematyki. Do gry przyciąga nie tyle możliwość wyrywania namalowanych ręcznie dziewoi (bo kto w dzisiejszych czasach dałby się na to nabrać), a humor sytuacyjny, zabawne komentarze i narrator, który niemal zawsze ma coś do powiedzenia.

Twórcom udało się zachować unikalny charakter oryginału. Przeszczepili na świeży grunt nie tylko znane miejscówki i bohaterów, ale również wyzwania, które spotkamy na swej drodze. Pod tym względem ekipa nie próbowała wyważać otwartych wcześniej drzwi, uznając najwyraźniej, że nie ma sensu poprawiać tego, co zdało egzamin kilkadziesiąt lat temu (nie obyło się bez drobnych zmian w przypadku niektórych zagadek, ale to w zasadzie czysta kosmetyka). Poza klasycznym zbieractwem i prowadzeniem dialogów, spora część gry mija nam na wygrywaniu kasy na automatach w miejscowym kasynie, co jest nudnym i dość upierdliwym zajęciem, ale niestety koniecznym. Gotówka przydaje się, gdy trzeba zapłacić za taksówkę lub kupić jakieś fanty w pobliskim sklepie, wszystko zaś prowadzi do jednego – podrywania i zdobywania kobiet. Kilku w obrębie dość krótkiego scenariusza.

Dla niektórych problemem może być niepotrzebnie udziwniony interface. Oczywiście zrezygnowano z archaicznego systemu sterowania znanego z oryginału, gdzie komendy wpisywaliśmy ręcznie, jednak zaimplementowany w nowej wersji point’n’click mocno odstaje od tego, co znamy z przygodówek konkurencji. W grze mamy kilka ikon akcji, które musimy dobierać w zależności od pożądanego efektu – obok klasycznej łapki i oka niezbędnych do zbierania przedmiotów lub wysłuchiwania komentarzy na ich temat, znalazły się ikony odpowiedzialne za rozmowę, chodzenie, a nawet… smakowanie. Zabrakło z kolei znanych z praktycznie każdej współczesnej produkcji udogodnień w postaci podświetlania przedmiotów widocznych na ekranie oraz wszelkich innych aktywnych miejsc.

Nieźle wypadła oprawa gry. Biorąc pod uwagę niewielki budżet (niespełna 700 tysięcy dolarów zebranych za pośrednictwem Kickstartera to nie w kij dmuchał, ale wbrew pozorom nie jest to aż tak duża kwota jak na remake, w którym w grę nie wchodziła prosta podmiana tekstur czy podbicie rozdzielczości – trzeba było wszystko stworzyć od podstaw, nie wyłączając teł, postaci i animacji), całość prezentuje się naprawdę solidnie, a dzięki dwuwymiarowej, ręcznie rysowanej grafice, gra będzie się prezentować równie atrakcyjnie nawet za kilka lat. Płaskie tła mają to do siebie, że nie starzeją się równie szybko, jak środowisko wymodelowane w pełnym trójwymiarze.

Z powodu wspomnianych wcześniej archaizmów i fabuły jako takiej grę można polecić przede wszystkim sentymentalnym piernikom, którzy przed laty zagrywali w oryginał z wypiekami na twarzy. Nowi gracze raczej odbiją się od tej produkcji, zachodząc w głowę, jakim cudem projekt tak krótki i w gruncie rzeczy prostacki mógł osiągnąć ogromny sukces i doczekać się tylu mniej lub bardziej udanych kontynuacji.

Inna sprawa, że dziś po prostu nieco inaczej się patrzy na temat erotyzmu w grach. Kiedyś fabuła Larry’ego mogła się wydawać czymś autentycznie świeżym. Zwłaszcza, że nie podchodziła do zagadnienia na klęczkach i powagą, a wielkim dystansem, raz za razem puszczając oko w kierunku gracza. Dziś to samo nie bawi już jak przed laty (choć wciąż ma w sobie coś elektryzującego, wydaje mi się jednak, że za podobnymi odczuciami stoją wyłącznie sentymenty), bo szmat czasu, jaki minął od premiery, zrobił swoje. Zmieniły się nie tylko gry, ale i ich odbiorcy.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button