ARTYKUŁRÓŻNOŚCI

Metalowa Sakura #4

Dragon Guardian, Endless Dismal Moan, Ethereal Sin, EZO, Fear, and Loathing in Las Vegas

To już w zasadzie miesiąc z moim mini-cyklem ukazującym różnorodność i piękno heavy metalowej muzyki rodem z dalekiej i egzotycznej Japonii. W tym odcinku – o dziwo – w zasadzie zabraknie jrocka, który dominował w poprzednich odsłonach. Nie zabraknie za to radosnego i czasami po prostu cudacznego metalu oraz – dla zachowania równowagi – czegoś znacznie mroczniejszego.

Sprawdź poprzednie odcinki!

Dragon Guardian

Gatunek

Okres działania

Polecany album

Dostępność online

symphonic power metal

2006 – do dzisiaj

Dragonvarius

Bardzo dobra (praktycznie cała dyskografia na Spotify/Deezer)


Rozpoczynamy od wesołego, wręcz “cheese’owego” symfonicznego poweru metalu – jak być może wiecie, power metal można z grubsza podzielić na gałąź europejską i amerykańską. Dragon Guardian zdecydowanie bliżej do tej pierwsze odmiany, a podobną i znaną kapelą jest z tego nurtu jest włoskie Rhapsody Of Fire. Japończycy jednak nie byliby sobą, gdyby nie domieszali czegoś od siebie do znanej kompozycji składników. Otóż albumy Dragon Guardian są wypełnione całkiem sporą ilością… dialogów i narracji. Oglądaliście kiedyś anime, szczególnie takie z gatunku pełnego patosu high fantasy? To gdybyście zamknęli oczy i dodali symfoniczny power metal, otrzymalibyście właśnie ten zespół.

Polecany album, Dragonvarious, to całkiem dobrze skomponowany kawał muzyki, pełen aż do bólu orkiestracji i różnorakich wstawek mających sprawiać, że słuchaczowi wydaje się, że uczestniczy w spektaklu lub słucha epickiego audiobooka. Żeńskie wokale są przeplatane wspomnianymi dialogami (oczywiście wszystko po japońsku), a same kawałki są dość długie i często trwają ponad 5 minut. Jeśli lubicie symfoniczny, melodyjny power metal, powinniście polubić również Dragon Guardian.

Endless Dismal Moan

Gatunek

Okres działania

Polecany album

Dostępność online

suicidal black metal

2001 – 2008

Endless Dismal Moan

praktycznie zerowa


Schodzimy do podziemi i to takich dosłownych. Endless Dismal Moan to jednoosobowy projekt, który nigdy nie wyszedł poza niszę równie nihilistycznych co sama kapela, fanów. Jest to więc totalny “underground”, o którym wie naprawdę niewiele osób. Drugim powodem, dla którego jest to “podziemie” jest tematyka – suicidal black metal to jeden z tych ekstremalnych gatunków w metalu, którego twórcy nie mogą pochwalić się przesadnie długą średnią życia. Tak, Endless Dismal Moan zakończyło istnienie kiedy jedyny w zasadzie członek zespołu popełnił samobójstwo.

Jaka jest muzyka zawarta na debiutanckim albumie? To ekstrema, nieco ponad godzina wypełniona niemal 20 kawałkami o garażowej produkcji. Brzmienie Endless Dismal Moan przywodzi na myśl początki sceny black metalowej, tudzież najbardziej ortodoksyjne zespoły z tego nurtu wierzące, że im gorsze brzmienie i jakość nagrania, tym lepiej. Już to stwarza skuteczną barierę wejścia, a poza nią mamy tutaj do czynienia z szaleństwem autora. Większość utworów to wściekłe, dość proste i szybkie kompozycje, pomiędzy którymi przewijają się utwory nieco wolniejsze, ale równie przerażające i pozbawione tchnienia czegokolwiek ludzkiego. To muzyka dla fanów ekstremy i nikomu innemu tego nie polecam

Ethereal Sin

Gatunek

Okres działania

Polecany album

Dostępność online

symphonic black metal

1997 – do dzisiaj

…the Abyss Will Also Gaze Into Thee

słaba (pojedynczy album na Spotify/Deezer)


Zmieniamy klimat ponownie na metal symfoniczny, ale tym razem w black metalowym wydaniu. O Ethereal Sin zapewne nigdy nie słyszeliście i to pomimo tego, że zespół ten funkcjonuje od przeszło 20 lat. Z jednej strony muzycznie nigdy nie zaskoczyli innowacyjnością, ale też nie sposób odmówić im własnego uroku. To kompetentny black metal ubrany w symfoniczne szaty i przyozdobiony japońskim folklorem, który nie próbuje wynaleźć na nowo koła, ani odlecieć w kosmos.

Spójrzmy na debiutancki album, który nie zachwyca konstrukcją ani brzmieniem. Ale pod tą prostotą funkcjonuje zagrany poprawnie symfoniczny black metal, który może i nie jest zagrany na poziomie znanym od tuzów gatunku, ale ma swoje atuty odkrywane w miarę kolejnych przesłuchań. Miłym dodatkiem jest obecność żeńskich wokali dodających mistycyzmu wybranym fragmentom.

Tak, image zespołu w połączeniu z budżetem na klip sprawia, że ciężko się nie uśmiechnąć z pobłażaniem. I czy tylko mi gitarzysta po lewej kojarzy się z Galderem z Dimmu Borgir?

EZO

Gatunek

Okres działania

Polecany album

Dostępność online

heavy metal

1986 – 1990

Fire Fire

w zasadzie zerowa


Przechodzimy płynnie do jednej z tych kapel, która miała spory potencjał, ale w ciągu zaledwie kilku lat wypaliła się niczym supernowa. EZO w swoim czasie było drugą w historii japońską kapelą (tuż po Loudness), odnotowaną w notowaniu Billboard 200, a która została dostrzeżona przez samego Gene Simmonsa. Tego pana zapewne znacie z legendarnej kapeli KISS. Szczątki zespołu po rozpadzie rozeszły się po innych tuzach w postaci wspomnianego Loudness oraz opisywanego w pierwszym odcinku Metalowej Sakury, Anthem. Żywot kapeli był może i krótki, ale jej wpływ na scenę jest niebagatelny.

Muzycznie EZO to typowy przedstawiciel końcówki lat 80’tych, wliczając w to dzikie fryzury. Utrzymany w średnich i wysokich tempach heavy metal kojarzący się z motocyklistami rozbijającymi się od baru do baru, buntującej się młodzieży i nieumiarkowanego korzystania ze wszystkich dobrodziejstw życia. Warto odnotować, że EZO korzystało w zasadzie tylko z angielskich tekstów, co jest dość unikatowe po dziś dzień. Jeśli lubicie klasyczny metal, dajcie EZO szansę a szybko okaże się, że znaleźliście zapomniany skarb z minionej epoki.

Fear, and Loathing in Las Vegas

Gatunek

Okres działania

Polecany album

Dostępność online

??? metalcore, post hardcore, trance/electro ???

2008 – do dzisiaj

Dance & Scream, All That We Have Now

Bardzo dobra (praktycznie cała dyskografia na Spotify/Deezer)


Ok, serio nie wiem nawet jak podejść do tematu opisywania tego zespołu. Jak bowiem przedstawić zespół za nic mający sobie normalne kompozycje, czy trzymanie się ram jakiegokolwiek gatunku? Mamy tutaj elementy hardcore’u, słodkiego do bólu zębów popu, mocnej elektroniki, krzyki godne screamo i wiele więcej – wszystko to zamieszane razem w jeden wielki chaos, z którego wyłania się coś albo absurdalnego albo zaskakująco chwytliwego. Serio, zerknijcie na pierwszy klip poniżej. Tam z ekscytacji jeden z wokalistów wskakuje na drzewo. Nuff said.

Pomimo swojej specyfiki -a może właśnie dzięki niej – Fear, and Loathing in Las Vegas cieszy się całkiem przyzwoitą popularnością, jest więc szansa na to, że kiedyś już spotkaliście się z ich dziwną twórczością. Być może nieświadomie, ich muzyka była użyta w kilku seriach anime. Osobiście dla mnie jest to zespół hit & miss. Mają kilka utworów, które porywają energią, a są takie, które są przesłodzone i nadają się bardziej do jakiejś dyskoteki. Nie pomaga w tym kulawy angielski, na który zespół się uparł – dla Waszego dobra radzę nie sprawdzać ich tekstów. Serio. Fani eksperymentów, elektroniki i dziwności niechaj jednak sprawdzą – to z pewnością jedna z tych bardziej pozytywnie zakręconych kapel ukazujących różnorodność sceny.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close