PC & KONSOLERECENZJA

Mordhau – umarł król, niech żyje król!

Machanie rozmaitym żelastwem jest całkiem popularnym sposobem na spędzanie czasu – a dzięki grom komputerowym nawet nie musimy udawać się na rozbój na gościniec lub wdziewać uniform przechodzącej akurat w pobliżu armii. Wystarczy zainstalować jedną z wielu popularnych gier….ach, właśnie. Nie ma już wielu gier na tym polu. Tak naprawdę bowiem liczy się już tylko Mordhau.

Czym jest Mordhau? Najlepiej opisać to jako Chivalry: Medieval Warfare na sterydach. Albo inaczej: zbierzcie wszystkie najlepsze elementy wspomnianego Chivalry, War of the Roses, War of the Vikings, For Honor oraz odrobinę Mount & Blade: Warband i zmiksujcie razem w wielkim kotle. A następnie dodajcie sterydów.

Perunie daj nam siłę do walki!

Debiutancka produkcja niewielkiego studia Triternion to w wielkim skrócie sieciowa gra akcji TPP/FPP, slasher, w uniwersum wzorowanym na wczesnym średniowieczu w wersji europejskiej. Oznacza to, że gracze ruszają na pola bitew odziani w zbroje płytowe, kolczugi i inne typu odzienia ochronnego, a w ręku dzierżą zweihandery, długie miecze, czy bojowe topory – a następnie sprawdzają twardość czaszek przeciwników. Koncepcja nieco różni się pomiędzy dostępnymi trybami, ale sens jest ten sam w każdym z nich: radosne machanie żelastwem i obserwowanie efektów tegoż.

I to machanie jest zrealizowane znakomicie. Twórcy podczas kampanii Mordhau na Kickstarterze w 2017 roku obiecali postawienie na mocny realizm w ich produkcji i słowa dotrzymali. Walka w tej grze jest niesamowicie efektowna i mięsista, oparta na fizyce i po prostu szalenie satysfakcjonująca. Podstawy są łatwe do opanowania w ciągu kilku minut przez każdego, ale dojście do mistrzostwa wymaga godzin praktyki. Gra korzysta ze stosunkowo prostego systemu, w którym lewy przycisk myszy odpowiada za podstawowy atak, którego kierunek determinuje ruch gryzoniem. To daje nam ataki z lewa i prawa, zarówno z góry jak i z dołu. Do tego dochodzi domyślnie przypisane „kółko” myszy używane do wykonywania pchnięć i wymachów znad głowy, prawy przycisk odpowiedzialny za blokowanie, a także możliwość kopania przeciwników pod klawiszem F – przydatne wobec oponentów notorycznie chowających się za tarczą. Albo w celu inscenizacji pamiętnej sceny z filmu 300.

To jednak tylko podstawa! Każda broń dwuręczna posiada alternatywny chwyt, zmieniający sposób walki – przykładowo pochwycenie dwuręcznego miecza „głownią w stronę wroga” przydaje się podczas walki z mocno opancerzonym przeciwnikiem. Bronie jednoręczne w sumie też posiadają alternatywne zastosowanie – ot można nimi rzucić. Dodaje to ciekawą warstwę do rozgrywki. Przykładowo ktoś rzuci w nas toporkiem lub sztyletem, ale nie zabije. Możemy wyciągnąć wrogie żelastwo z własnego ciała (!) i rzucić nim w oponenta, dołączając do tego soczystą obelgę. Do tego dochodzą zmyłki w postaci feintowania, wykonywanie połączonych kombinacji ciosów, czy też „chamberowanie” czyli kontrowanie ataku przeciwnika identycznym atakiem z własnej strony. Wszystko to kosztuje punkty wytrzymałości i machanie mieczem bez opamiętania jest z łatwością karane przez nawet średniego gracza.

Goreją Wici

To wszystko jednak to tylko czubek góry lodowej możliwości i głębi systemu walki zastosowanego w Mordhau. Prawdziwi mistrzowie szermierki wyglądają w akcji jak magicy, stosując nie tylko szerokie spektrum sztuczek, ruchów ciałem, zmyłek, ale również odpowiednią pracę nóg czy też prawa fizyki. Jest się czego uczyć i tzw. skill ceiling w Mordhau jest naprawdę wysoki – znacznie wyższy niż w dotychczasowych produkcjach tego typu.

Innym powodem, dla którego machanie żelastwem bez pomyślenia szybko się na nas zemści, jest wspomniana fizyka. Wszystkie ciosy są symulowane z użyciem zasad znanych z prawdziwego świata. I tak jeśli nadamy broni odpowiednio wysoką prędkość, to cios zaboli adwersarza mocniej niż przy zwykłym uderzeniu. Używając dwuręcznego miecza trzeba mieć baczenie, aby nie zahaczać o sufit, belki lub sojuszników, bo to kończy się zazwyczaj po prostu źle. Stojąc w murze innych wojowników warto więc używać pchnięć zamiast szerokich zamachów – odwrotnie w sytuacji bez odwrotu, kiedy jest się otoczonym przez wrogą hordę, wówczas najlepiej uderzać zamaszyście, by drogo sprzedaż swoją skórę.

W najpopularniejszym trybie gry, czyli Frontline, może brać udział łącznie 128 graczy podzielonych na dwa zespoły. Każda mapa przebiega nieco inaczej i w zależności od obranej strony musimy np. dokonać oblężenia wrogiego obozu lub obronić się przed szturmem przeciwnika. A co się dzieje, kiedy tylu chłopa biega po polu walki, a do mieszanki dodamy katapulty, balisty oraz okazjonalną kawalerię? Tak, panuje wspaniały chaos! Bitwy w Mordhau są niesamowicie krwawe, chaotyczne, ale piękne w swojej nieprzewidywalności. W sumie największym ich problemem jest to, że pokryci krwią od stóp do głów uczestnicy jatki są łatwi do przypadkowej identyfikacji jako wróg, co dotyczy szczególnie zespołu „niebieskiego”. Serio, ilość teamkillów wynikających tylko z tego, że ktoś wyszedł z krwistej kąpieli jest nieco za wysoka po stronie niebieskich.

Anioł Śmierci

Aby gracze mogli poczuć smak różnych broni i stylów walki, Mordhau oferuje ~10 podstawowych najemników – znajdzie się tam wszystko, od opancerzonego w stal rycerza i krzyżowca, poprzez najeźdźcę rodem ze Skandynawii, łucznika i włócznika, a na łotrzyku i inżynierze skończywszy. Te dwie ostatnie klasy są najmniej oczywiste, nie oferując w zasadzie żadnego pancerza lub mocarnej broni, skupiając się bardziej na byciu wsparciem dla innych na polu walki. Łotrzyk może rozstawiać pułapki na niedźwiedzie i miotać bombami zapalającymi, a inżynier wybuduje drewniane umocnione dla łuczników lub system zaostrzonych kołków, które są śmiertelne dla jeźdźców lub osobników biegnących na ślepo.

Oczywiście koniec końców każdy gracz będzie miał dość zabawy podarowanymi klasami i zechce stworzyć własnego najemnika od podstaw. I tutaj możliwości jest po prostu zatrzęsienie! Swoją postać tworzy się za pomocą 16 punktów, które można spożytkować na wyposażenie: broń główną, podręczną i coś zapasowego, hełm, pancerz na klatkę piersiową oraz nogi. Do tego dochodzą elementy czysto kosmetyczne oraz perki. Te ostatnie są różne, od zmniejszenia obrażeń po upadkach i bycie „przyjacielskim” (czyli zadajemy i otrzymujemy mniejsze obrażenia od sojuszników), po w pełni regenerujące życie po udanym zabójstwie. Brzmi jak coś idealnego do zepsucia balansu? Owszem, ale nie kiedy weźmie się pod uwagę koszty tych najmocniejszych perków – wykupienie ich oznacza brak mocnej broni i pancerza. Gracz więc musi znaleźć odpowiedni balans dla tworzonego najemnika. Tych na szczęście można mieć całkiem sporo, więc jedynym ogranicznikiem jest wyobraźnia gracza. Oraz pieniądze i jego poziom ogólny.

Te ostatnie zdobywane są za każdy wygrany lub przegrany mecz, a ilość zdobywanego doświadczenia oraz monet uzależniona jest od ilości zdobytych punktów w danej rozgrywce. Jest to logiczny system, któremu brakuje jednak klarownego wyszczególnienia, co dany poziom, który właśnie zdobyliśmy, odblokowuje. Niemniej spełnia on swoje zadanie, powoli udostępniając cały dostępny arsenał . A ten jest spory, znajdziemy tutaj całą masę mieczy, toporów, halabard, włóczni, glewii, łuków, kusz, tarcz, buław i innego typu oręża. Dzięki tej różnorodności na polu bitew widywałem już cosplaye Solaire’a z Astory, Geralta z Rivii, postaci z Chivalry, Gordona Ramsaya i nie tylko.

W srebrnej łunie, pośród chłodów nocy

Gra ma też jedną wielką cechę, która tylko wzmacnia jej rosnącą stale popularność: memiczność. Tak, wiem, paskudne słowo, ale memy to taka siła w internetowej popkulturze, której nie sposób zignorować. Mordhau oferuje takich memów od groma – rozpoczyna się wręcz od strony samych developerów, którzy w samouczku umieścili dowcip o trebuszu. Podczas rozgrywek widziałem różne cuda, od bardów zagrzewających do walki grą na lutni motywu z Gry o Tron lub grających charakterystyczny gitarowy riff AC/DC dla podgrzania atmosfery, po nadwornych błaznów w krzykliwych kolorach. Podczas jednej z rozgrywek deathmatch połowa serwera zorganizowała moshpit wokół kilku bardów, zabijając każdego, kto chciałby przerwać koncert. Innym razem na pole walki wpadł istny terror w postaci półnagiego mężczyzny uzbrojonego w trzy patelnie. Zgroza!

Memiczność Mordhau zawdzięcza nie tylko możliwość kreowania swoich najemników – tych jest naprawdę sporo i np. detale dotyczące facjaty są zaskakująco bogate jak na grę, w której twarzy swojego bohatera nie widzimy w zasadzie wcale. Innym kluczem jest zapożyczony z Chivalry: Medieval Warfare system krzyków i animowanych „emotek” używanych albo do komunikacji albo do…no właśnie. Wycofując się z największej gęstwiny na polu bitwy można krzyczeć, że jest się przyjacielem i liczyć, że nikt nie pomyli nas z przeciwnikiem. Krzyczeć można obelgi, albo polecenia (utrzymać ten punkt!) albo wołać o pomoc. A można również po prostu krzyczeć, ile tchu w płucach. Mordhau posiada dedykowany klawisz tylko do krzyczenia. A ilość okrzyków i animacji jest również zaskakująco spora, oferując różne „głosy” i umożliwiając przy tym modyfikację wybranego „aktora”. W efekcie w sieci zaroiło się nie tylko od niesamowitych starć i pokazów szermierczego rzemiosła, ale również od histerycznych i mniej lub bardziej śmiesznych momentów czystej zabawy.

Nie podchodźcie jednak do Mordhau bez odpowiednio dobrego łącza. I piszę to absolutnie serio – jeśli Wasze łącze internetowe jest niestabilne, przeżyjecie tylko frustrację. Jakikolwiek ping powyżej 70ms potrafi zepsuć rozgrywkę. Mordhau naprawdę wymaga dobrego i szybkiego łącza, aby rejestracja całej fizyki walki miała sens. Chcecie dowód? Proszę bardzo: wszelkie pociski (strzały, rzucane toporki itd.) można odbić w locie własnym pociskiem lub zmieść z drogi celnie wymierzonym zamachem. Hitboxy również są bardzo dokładne i nie raz widywałem łuczników strzelających przez szczelinę we wrotach lub spomiędzy stopni schodów. Tak dokładna symulacja jest możliwa tylko przy niskich pingach i bez tego warunku rozgrywka w Mordhau będzie jedynie frustrująca.

W oparach walki

Wspomniałem już o trybie Frontline, który jest w sumie domyślnym sposobem rozgrywki w Mordhau – ot kolejna wariacja na temat przejmowania punktów na mapie przez dwa wrogie ugrupowania. Oprócz niego w grze możemy zagrać w klasyczny deathmatch (każdy na każdego, zero zasad), team deathmatch oraz tryb Hordy (gra z innymi graczami vs fale sterowanych przez AI wrogów) i… Battle Royale. Ten ostatni jest dość mało popularny, acz odpalenie go raz na jakiś czas jest dość satysfakcjonujące – pod warunkiem, że uda się dorwać jakiś solidny dwuręczny topór i masakrować biedaków, którzy mieli mniej szczęścia. Battle Royale korzysta z tego samego zestawu map co inne tryby, więc rozgrywka trwa zazwyczaj poniżej 10 minut. Nie znajdziemy tutaj wielkiej wyspy o powierzchni Australii, na której 90% czasu gry spędzimy na chodzeniu. Osobnym „trybem”, acz mniej oficjalnym są serwery pojedynkowe, czyli duel – oznaczone są one jako deathmatch, ale w ich nazwy nie pozostawiają wątpliwości, z czym mamy do czynienia. Duele rządzą się osobnymi prawami i etykietą (ukłony, pozytywny roleplay, szanowanie przeciwnika, czasami nawet obecny będzie sędzia) i są dobrym sposobem na trenowanie techniki w pojedynkach 1vs1.

Graficznie dzieło Triternium wygląda solidnie, acz optymalizacja pozostawia trochę do życzenia. Gra działa na Unreal Engine 4 i oferuje na szczęście wystarczająco duży opcji do modyfikacji, aby każdy mógł dostosować grafikę do swoich wymagań. Ta zaś jest całkiem szczegółowa, szczególnie w aspekcie modeli broni i pancerzy, które zostały wykonane z pieczołowitością godną pasjonatów średniowiecznego oręża. Pozostaje aspekty, takie jak tekstury, mapy, oświetlenie są na nieco niższym, acz nadal jak najbardziej zadowalającym poziomie. Nie rozczarowuje krwistość gry – jucha leje się z wrogów, a odcięte łby lub kończyny są tutaj widokiem powszednim.

Autorzy wpadli poniekąd we własne sidła, albowiem pierwszych kilka dni po premierze zapadły w pamięci jako plaga upadających serwerów. Twórcy nie przewidzieli, że zainteresowanie graczy będzie tak ogromne, że gra wskoczy do listy top10 na Steamie pod względem ilości zalogowanych graczy – na szczęście po kilku dniach sytuacja została rozwiązana, postawiono nowe serwery (w tym w Warszawie), jest również coraz więcej serwerów prywatnych. Developerzy przy tym nie świętują, tylko ciężko pracują przy kolejnych patchach i nowych mapach oraz… być może postaciach żeńskich.

Słowem: warto udać się na to pole bitwy.

Tagi

Dodaj komentarz

Close
Close