PC & KONSOLERECENZJA

Mortal Kombat XL

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Załatana, zbalansowana, wzbogacona o wszystkich dodatkowych wojowników, bonusowe skórki i inne cuda na kiju. Najbardziej krwawa bijatyka w historii doczekała się pełnego, ostatecznego wydania. Czy warto wysupłać prawie dwie stówy na Mortala w rozmiarze XL?

Wbrew pozorom to bardzo trudne pytanie, bo samej grze nie sposób wiele zarzucić. Można się oczywiście krzywić z niesmakiem na to, że wydawca próbuje nam drugi raz wcisnąć to samo, tylko w wersji “lepszej i większej”. Tyle że polityka wydawnicza pazernych gigantów to jedno i nijak ma się do samej gry. Dodajmy, gry genialnie zaprojektowanej, a teraz dodatkowo kompletnej i odpowiednio połatanej.

Choć historia w mordoklepkach na ogół mało kogo obchodzi, tryb fabularny w MK X okazał się zaskakująco dobrze skrojony i przedstawiony. Warto więc wspomnieć, że akcja ma miejsce kilkanaście lat po wydarzeniach z MK 9, które to, jak pamiętamy, resetowało całą historię i przedstawiało zdarzenia z pierwszych Mortali, tyle że w nieco zmodyfikowanej wersji. “Dziesiątka” konfrontuje obrońców Ziemi z poplecznikami złego jak sam diabeł boga Shinnoka, a w bonusie dorzuca do barwnego tygla szereg nowych, zróżnicowanych postaci.

Ekipa studia NetherRealm już kilka razy udowodniła, że świat Mortal Kombat jest w stanie pomieścić o wiele więcej, w tym indywidua kompletnie niezwiązane z rzeczonym uniwersum. Jak się wcześniej rzekło, w MK XL upchnięto wszystkich wojowników z wydania premierowego oraz dwóch dużych płatnych rozszerzeń (Kombat Pack oraz Kombat Pack 2). Kto więc zasilił zastępy Kombatantów? Bo Rai Cho, Tremor, Tanya, TriBorg oraz ikony kina grozy w postaci Predatora i Xenomorpha, a także Jasona Voorheesa (cykl Piątek trzynastego) i Leatherface’a (Teksańska masakra piłą mechaniczną). Jest również Goro, dostępny wcześniej jedynie w DLC lub dla wybrańców zamawiających grę przed premierą, Oprócz tego otrzymaliśmy sporo dodatkowych skórek, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

Sam model walki nie zmienił się oczywiście w stosunku do podstawki, natomiast gracze, którzy przesiądą się z “dziewiątki” na wersję XL pamiętać muszą o kilku nowościach urozmaicających pojedynki. Pojawiły się interaktywne areny, więc w wielu miejscach można posłużyć się elementem otoczenia, by umknąć przed ciosem lub upuścić przeciwnikowi nieco krwi. Na przebieg starć ma to może marginalny wpływ, ale z pewnością wpływa na ich widowiskowość. Znacznie większą rolę odgrywają style walki – po trzy dla każdego zawodnika. W zależności od wyboru dokonanego przed starciem, zmienia się nieco repertuar dodatkowych ciosów czy mocy, co sprawia, że system walki okazuje się zaskakująco głęboki jak na standardy tej serii.

W glorii i chwale powracają również najbardziej dewastujące ciosy, czyli prześwietlenia X-Ray, oraz krwawe wykończenia w postaci Fatality. W jednym i drugim przypadku twórcy przekroczyli kolejną granicę – tak sadystycznych, wręcz absurdalnie brutalnych animacji nie znajdziecie nigdzie indziej. Po dłuższej nieobecności powracają również finiszery znane pod nazwą Brutality, choć zmienił się nieco ich charakter – obecnie nie sprowadzają się do wyprowadzenia w finale miażdżącej kombinacji ciosów, wymagają za to spełnienia określonych warunków nieco wcześniej, jeszcze w trakcie walki.

Oprócz wariantu fabularnego, wśród dostępnych trybów nie mogło zabraknąć między innymi treningu, pojedynczych starć, wież o zróżnicowanych stopniach trudności i zasadach (w tym warianty klasyczne, mini-gierka polegająca na niszczeniu coraz twardszych przedmiotów czy pojedynki bazujące na rozmaitych modyfikatorach wpływających na przebieg i charakter starć), oraz rzecz jasna rozbudowanego modułu sieciowego. Całkowitą nowość ukryto pod nazwą Wojen Frakcji; na starcie wybieramy jedną z kilku dostępnych i tłuczemy się z pieśnią na ustach ku chwale naszej organizacji, by zwiększyć jej globalne wpływy. Jak zapewne niektórzy z was pamiętają, tuż po premierze multiplayer oraz obsługujące grę serwery nieco szwankowały, a lagi i zrywane połączenia były na porządku dziennym. Na szczęście od tamtego czasu sporo się zmieniło; całkowicie zmieniono kod sieciowy, dzięki czemu wydanie XL nie przysparza już tylu irytujących problemów, przynajmniej w wersji na PS4.

Nasuwa się jedno proste pytanie – dla kogo jest ten nowy “stary” Mortal? Wszystko zależy od indywidualnego podejścia. Jeśli dysponujesz podstawową wersją, ograłeś ją na wszystkie możliwe sposoby, a do dodatkowych rozszerzeń nigdy cię nie ciągnęło, lepiej odpuścić, a zaoszczędzoną kasę zainwestować w coś innego, na przykład równie kapitalnego Street Fightera V. Końcowe, kompletne wydanie Mortala powinno skusić przede wszystkim tych graczy, którzy w “dziesiątkę” jeszcze nie grali. Tylko czy są tacy na sali?


Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close