ARTYKUŁPC & KONSOLE

Nie grałeś? Zagraj! Etherlords

Niemal dwie dekady temu rosyjskie studio Nival Interactive było jednym z najmocniejszych i najbardziej szanowanych nawet na „Zachodzie” developerów. Udało im się w czasach, w których gry ze Wschodu uznawane były za pełne błędów koszmarki stworzyć kilka szanowanych serii, które do dziś mają swoich fanów – i to pomimo upadku samego studia, ostatnimi laty zajmującego się głównie grami mobilnymi.

Na przełomie tysiąclecia Nival miał jednak w swoim portfolio stertę świetnych gier, takich jak hardcore’owa seria strategii Blitzkrieg, Rage of Mages będące miksem strategii i RPG, perełkę w postaci cRPG Evil Islands czy też dwie części Etherlords. I o tej ostatniej opowiem Wam w tym tekście.

Wyobraźcie sobie, że kilka lat po tym, jak świat oszalał na punkcie Heroes of Might and Magic III, rosyjskie studio uznało, że stworzy własną konkurencję dla hitu od New World Computing. Zamiast jednak rzucać się z motyką na słońce i próbować dorównać królowi turowych strategii fantasy, Nival Interactive poszło inną drogą – zmiksowało turówkę z karcianką a’la Magic: The Gathering. Efekt był zaskakująco smakowity i unikatowy do dnia dzisiejszego.

Cztery rasy – czyli cztery „kolory” etheru

Akcja gry toczyła się w świecie fantasy mocno kojarzącym się ze wspomnianą grą karcianą: mieliśmy tam cztery rasy reprezentujące swój „kolor” etheru. Mechanicznych Kinetów, chaotycznych orków, „zielonych” Vitalów oraz Synthetów, lubujących się w łączeniu ciała z różnymi mechanizmami. Każda z ras dysponowała specyficznymi dla siebie jednostkami i czarami, które zdobywało się podróżując po mapie świata i wygrywając potyczki z wrogami. Mogły to być oddziały konkurencyjnych frakcji, albo neutralne stwory pilnujące wyjątkowo cennej karty lub artefaktu. Otrzymując coraz to nowe karty gracz budował swoją talię oraz awansował bohatera, zwiększając jego umiejętności

Etherlords nie zawierało w sobie w zasadzie żadnych elementów typu rozbudowa miast, cała akcja więc obserwowana była na mapie świata (podobnej do tej znanej z trójwymiarowych Heroes of Might and Magic) z przejściami do bitew prowadzonych na wydzielonej arenie, oczywiście zależnej od tego, co i gdzie atakowaliśmy. Gra posiadała całkiem sporo głębi i możliwości budowy specyficznych talii nawet w ramach tej samej rasy, co pozwalało na eksperymentowanie i odnalezienie własnego stylu. Oczywiście niektóre rasy były lepsze w danym stylu taktyki, jak chociażby nastawieni na zadawanie maksymalnych obrażeń bez względu na wszystko Chaoci, czy też bazujących na leczeniu i zbiorowej ochronie Vitalowie. Do tego dochodziły potężne artefakty, które często było ograniczone maksymalną ilością użyć, ale potrafiły odmienić losy bitwy.

Fabularnie seria nigdy nie błyszczała, ale była dość kompetentna – nie było tam jednak miejsca na wyrafinowane dialogi lub opisy świata. Chodziło zawsze o dostanie się do następnej potyczki, zbadanie nowej okolicy i zdobycie nowych kart. Fabuła dawała po prostu odpowiednią motywację, aby ruszać ku horyzontowi w poszukiwaniu następnego celu misji: czy to wroga, czy też klucza otwierającego zamknięte przejście.

W swoim czasie gry Etherlords wyglądały naprawdę świetnie!

Etherlords I i II w momencie wydania (odpowiednio: 2001 i 2003 rok) były grami wyglądającymi naprawdę świetnie. Szczególne wrażenie i to nawet dzisiaj robią efekty świetlne: wszelkie rozbłyski i rzucane czary cieszą oko, nawet jeśli ogląda się je po kilkadziesiąt razy na przestrzeni rozgrywki. Ciekawostką było to, że postaci bohaterów zmieniały swój wygląd w zależności od poziomu: i tak z byle chucherka po kilkunastu godzinach powstawał bohater-zakapior. Widać było, że zmienia się nie tylko moc w posiadanej talii oraz zasobach, ale również sam bohater dosłownie rośnie w oczach. Całości towarzyszyła odpowiednio fantastyczna muzyka i grało się po prostu świetnie.

Szkoda, że Nival upadł i nic nie wskazuje na to, aby seria Etherlods miała powrócić do świata żywych. Po tym jak Rosjanie zostali developerami piątej odsłony Heroes of Might and Magic, ich magia jakby uleciała i każda kolejna gra okazywała się albo średniakiem, albo niewypałem. Ostatnia wydana produkcja, Blitzkrieg III (2017) spotkał się z umiarkowanym przyjęciem. Być może trzeciej odsłony Władców Etheru nigdy nie zobaczymy, ale warto zagrać przynajmniej w dwójkę, która jest dostępna na GOG-u i na Steamie za niewielkie pieniądze.




Źródło
Screeny z MobyGames
Tagi

One Comment

  1. Jakiś czas temu chciałem, ale niestety problemem z odpaleniem tej gierki na współczesnych kompach jest rozdzielczość. Jak ustawiło się coś powyżej 1024×786 to niestety interfejs gry nie skalował się poprawnie i utrudniał rozgrywkę. Szkoda, bo chciałem wreszcie w ten tytuł zagrać, bo pamiętam go z gazetek, gdzie można to było dorwać za 30zł w big boxie oraz z teledysków na Hyperze (to taka tv o grach jakby ktoś nie wiedział).

Dodaj komentarz

Close
Close