FILMYRECENZJA

Po seansie: historia Jojo Rabbit może się nie podobać, ale film mogę z czystym sumieniem polecić

Zanim poszedłem, pardon, zanim zostałem wyciągnięty (dzięki, kochanie!) na film Jojo Rabbit, nie wiedziałem o nim nic. No dobra, wiedziałem tylko, że za scenariusz i reżyserię odpowiada Taika Waititi, ten sam, który maczał palce między innymi w Thor: Ragnarok, a obecnie pracuje nad drugą częścią Suicide Squad. Po kilku chwilach już wiedziałem, że film będzie co najmniej dobry. Kolejne minuty tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że Jojo Rabbit jest filmem niebanalnym, chociaż w sumie opowiada historię bardzo naiwną, która wcale nie musi się podobać. Ba! Nawet mnie specjalnie się nie podobała! Ale podobał mi się film – ten mogę z czystym sumieniem polecić.

Film Jojo Rabbit to osobliwa mieszanka satyry, ironii, groteski i komedii, które przysłaniają ponure, historyczne tło z ludzkim okrucieństwem, jakiego świat przed 1939 rokiem nie widział. W tym przypadku historia, która zanurzyła świat w odmętach barbarzyństwa, jest widziana oczami dziesięcioletniego Johannesa Betzlera, zindoktrynowanego, zapatrzonego w nazistowskie wzorce chłopaka, który nie rozumie jeszcze jak działa świat, nie wie czym jest wojna, cierpienie, głód czy strach. Dzieciak ma swojego wyimaginowanego przyjaciela – Adolfa Hitlera (w tej roli sam Taika Waititi), sam czuje się nazistą, marzy o wielkości, marzy o bohaterstwie, nienawidzi żydów, nienawidzi wrogów Rzeszy, kocha mamę, tęskni za ojcem. Karmiony nazistowską propagandą stał się fanatykiem na miarę możliwości dziesięcioletniego dziecka. W pewnym momencie odkrywa jednak, że jego matka ukrywa żydówkę – to wywraca jego świat do góry nogami. Jojo konfrontuje się z wrogiem, z którym musi mieszkać pod jednym dachem, i to właśnie wokół tej ciągłej konfrontacji toczy się fabuła filmu.

Wykreowany przez Waititiego obraz bez pardonu narusza poczucie komfortu. Dojrzały widz będzie musiał w swoim umyśle pogodzić rozdźwięk między tym, co czuje i widzi mały Jojo, a tym, co naprawdę dzieje się dookoła niego. Nieuchronna stanie się refleksja nad niemiecką drogą w stronę odmętów szaleństwa, ale tej refleksji będzie towarzyszył śmiech i charakterystyczne poczucie humoru Nowozelandczyka.

Praktycznie każda scena z Adolfem Hitlerem budzi salwy śmiechu – jeden z największych zbrodniarzy w historii ludzkości jest tutaj ukazany w sposób, którego nie powstydziliby się członkowie grupy Monty Python. Dysonans jest ogromny, podobnie jak przy oglądaniu małego Jojo, który z jednej strony jest uroczym chłopcem, z drugiej fanatycznym nazistą.

Film świetnie też wykorzystuje znane utwory muzyczne. Usłyszymy tutaj między innymi kawałek Toma Waitsa – I don’t wanna grow up, a także zaśpiewany po niemiecku Komm gib mir deine hand Beattlesów. Jest też David Bowie czy Roy Orbison – każdy kawałek odpalony w odpowiednim momencie, z odpowiednimi słowami, z odpowiednim rytmem i nastrojem.

Jak już wcześniej napisałem, opowieść jest szyta tak grubymi nićmi, że nie ma co sobie nią zawracać głowy. Jest naiwna do bólu, ale to w ogóle nie przeszkadza czerpać z niej garściami. Jest co najmniej kilka warstw, na których rozgrywa się Jojo Rabbit, a od widza zależy, jak wiele z nich spenetruje.

Jeżeli coś można zarzucić filmowi, to że żadna z tych warstw nawet nie ociera się o próbę ukazania tamtego świata bez fasady, jaką jest percepcja dziesięciolatka. Coś, co znakomicie zrobił Roberto Benigni w filmie Życie jest piękne. Jojo Rabbit jest taką opowiastką, którą można zobaczyć nawet i do niedzielnego obiadu, podczas gdy film Benigniego po obejrzeniu wyrywa z człowieka kawałek duszy. Czy to zarzut? Niekoniecznie, to po prostu inny obszar kina, inna opowieść, inna konwencja, ale trzeba przyznać, że film zyskałby, gdyby udało się całą tę swoistą sielankę w jakiej porusza się Waititi skontrastować chociaż w jednej, mocnej scenie z okrucieństwami nazistowskich Niemiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button