ANIMERECENZJA

Re:Zero kara Hajimeru Isekai Seikatsu

Efektowna wydmuszka

Kiedy Subaru Natsuki wybierał się na wyprawę do lokalnego sklepu całodobowego nie przypuszczał, że tak prosta czynność zakończy się dla niego podróżą życia. Wracając z łupami w postaci przekąski o wątpliwej wartości odżywczej oraz jedną paczką instant ramenu, Subaru zostaje znienacka przetransportowany w sam środek ruchliwego miasta w dość typowym świecie fantasy. W ten oto sposób zaczyna się historia jednego z najpopularniejszych anime z podgatunku „isekai”.

Isekai tu, isekai tam, isekai wszędzie mamy!

Czym jest w ogóle to całe isekai? Z grubsza to trend w anime w ostatnich latach przybierający na sile, który polega na wrzuceniu teoretycznie typowego japońskiego nastolatka do obcego świata fantasy i obserwowaniu jego poczynań, którym zazwyczaj towarzyszy odkrycie, że bohater posiada nadnaturalne zdolności albo został wybrańcem bogów. Idea nie jest nowa, przed wielu laty oglądałem chociażby Those Who Hunt Elves (Elf wo Karu Mono-tachi), w którym grupka osób i ich czołg (!) trafili do stereotypowego świata fantasy, a jedynym sposobem na powrót do ich rzeczywistości było zebranie wszystkich części zaklęcia. To oczywiście musiało znaleźć przyczółek na skórze ponętnych elfek, więc ekipa z czołgiem zajmowała się głównie sianiem zgorszenia w okolicy. Jak widać, idea nie jest nowa, ale trend isekai jedynie przybiera na sile, a Re:Zero to dobry przykład na to, dlaczego jest to takie popularne.

Przede wszystkim, seria pędzi do przodu i akcja goni akcję. Wszystko jest efektowne, nie ma się czasu na zastanowienie nad wydarzeniami, bo zaraz na scenę wkracza kolejna burzliwa i dynamiczna scena. Jest to jednocześnie spory atut, jak i zmora serii. Na tempie akcji cierpi budowa świata i postaci, nie ma czasu na docenienie prostych dialogów dających często więcej głębi postaciom niż kilka odcinków pełnych wartkiej rzeki adrenaliny. Inna sprawa, że Re:Zero zdecydowanie nie zależy na rozbudowie postaci i ich charakterów, ponieważ jest to niemal niemożliwe w samym rdzeniu tego anime.

Niczym feniks. Tylko taki niezbyt ogarnięty.

O czym mowa? O tej odkrytej nagle zdolności Subaru – bo nie myśleliście chyba, że okaże się on rzeczywiście „zwyczajnym” nastolatkiem? Subaru nie może umrzeć. Nie tak naprawdę przynajmniej. Za każdym razem kiedy bohater umiera, zamiast napisów końcowych wraca on do ostatniego check pointu, zupełnie jak w grach komputerowych. W efekcie Subaru ginie często, zazwyczaj w sposób dramatyczny i groteskowy, budząc się „zrestartowany” jeszcze krzycząc w agonii. Jako jedyny zachowuje przy tym wspomnienia z poprzedniego życia – jak możecie się domyślić, jakakolwiek próba wzbogacenia relacji czy ukazania zmian charakteru postaci pobocznych jest niesamowicie utrudnione. Oczywiście, jak już napisałem wcześniej, Re:Zero i tak nie jest zainteresowane tymi aspektami, zamiast tego serwując nękanego Subaru próbującego czasami na oślep odmienić wydarzenia i dotrzeć do następnego check pointa.

Początkowo pomysł ten się sprawdza, a odcinki wręcz pochłania się bez zauważania upływu czasu. Po pewnym czasie sztuczka ta staje się odrobinę nadużywana, a kolejne groteskowe zgony bohatera nie wywołują emocji bo wiemy, że zaraz wróci on do „stanu zero” i spróbuje odmienić los swój i innych postaci. Nieustanne resety sprawiają, że jest tylko kwestią czasu aż Subaru w końcu odkryje sposób, aby uniknąć zagrożeń, wyprzedzić oponentów o kilka kroków i wyeliminować śmiertelne pułapki zanim ktokolwiek zorientuje się, co jest grane.

I to jest naprawdę ciekawy motyw, który jednak nie dociera do żadnego satysfakcjonującego momentu w anime. Aż do końca Subaru umiera, odradza się, próbuje czegoś innego, umiera, odradza się i tak aż do skutku. Szkoda, bo potencjał był w tym znacznie większy. Co by było gdyby, wzorem jednego odcinka, Subaru po każdym kolejnym zgonie tracił część siebie? Swoją ludzkość niczym bohater w Dark Souls? Popadał w szaleństwo? Albo na setny widok zaszlachtowanych przyjaciół stracił wszelkie uczucia i musiał się z tym zmagać? Niestety, nic takiego nie ma miejsca i Subaru po prostu posiada kartę darmowego odrodzenia bez żadnego uszczerbku na jego aktualnej psychice. W jednym odcinku popada on teoretycznie w obłęd, ale… robi to bardziej dla zmylenia innych i chęci ucieczki, niż faktycznego efektu nadużywania wskrzeszenia. Zresztą i tak w następnym odcinku jest on odrodzony i gotowy do akcji, jak gdyby nic się nie stało.

Nie sposób więc czuć niczego do bohatera – poza niechęcią, ale o tym za chwilę. Niemniej Re:Zero zdołało wzbudzić we mnie trochę emocji, ale były one skierowane w stronę kilku innych postaci. Prym wiedze tutaj Rem, jej siostra Ram oraz Emilia, główny obiekt westchnień bohatera. Naprawdę robiło mi się czasami żal ich cierpienia i zgonów tylko dlatego, że Subaru nie potrafił użyć chociaż jednej szarej komórki, albo chociaż przez chwilę przestać kierować się na ślepo emocjami. Fakt, że postacie poboczne są cały czas nieświadome powtarzanej raz po raz tragedii był tragedią samą w sobie.

Skoro już o głównym bohaterze mowa

Subaru to typowy pustak – i nie mam tutaj na myśli tylko jego zdolności do logicznego myślenia czy używania mózgu w ogóle, ale to, że jest on pusty w środku. Nie posiada żadnych cech charakterystycznych poza byciem „lokatorem piwnicznym” (ot typowy otaku/nerd), nie jest przesadnie bystry, utalentowany, muskularny lub charyzmatyczny. Przeciętniak, który ma się stać niczym innym ponad pojemnikiem dla widza, aby ten przez niego chłonął świat. Jest to problem mnóstwa serii, o czym marudziłem już nie raz i nie dwa i zapewne będę marudził jeszcze wiele razy. Subaru kilka razy był blisko sprawienia, abym porzucił serię na dobre – szczególnie w środkowej jej części. Jego brak jakichkolwiek zdolności, zaślepienie połączone z przeświadczeniem o swojej niezwykłości i tym, że jest on w stanie osiągnąć wszystko są niesamowicie irytujące i nie ukrywam, odczułem satysfakcję widząc jak jego przechwałki owocowały surowymi lekcjami.

Uwaga, lekki spoiler w kolejnym akapicie!

Główny bohater naprawdę nie potrafi nic. Walczyć, myśleć, używać podstawowej logiki, czy chociażby nie być irytującym chłopcem do bicia. I to naprawdę wystarczyłoby, aby dołączyć go do długiej listy tragicznie złych MC (Main Characters). Ale jest jedno ale. Odcinek 18. W tym jednym odcinku okazuje się, że Subaru jest dogłębnie świadom swoich słabości, beznadziei i tego, że tylko gra ważnego i pewnego siebie pyszałka, a tak naprawdę nie może zrobić nic bez przylepiania się do kogoś innego i wykorzystania wiedzy nabytej kolejnymi zgonami o nadchodzących wydarzeniach. Ten jeden odcinek w sporej mierze wypełniony niczym innym jak intensywnym dialogiem pomiędzy Subaru a Rem jest jednym z najlepszych odcinków w całej serii, pokazując że oto bohater jest samokrytyczny, a scenarzyści potrafią stworzyć poruszający i przekonujący moment bez uciekania się do sztuczek i nieustannej akcji. Co prawda moment ten jest nieco rujnowany niewytłumaczalnym przywiązaniem Rem do Subaru, ale można to zrzucić na karb tego, że Subaru jest po prostu dupkiem i wykorzystuje każdego na jego drodze do celu.

Celem jest oczywiście dostanie się w dobre względy Emilii, srebrnowłosej półelfki, która jest osią, wokół której obraca się w zasadzie cały świat Subaru. Urodziwa i ewidentnie ukrywająca Coś Tragicznie Smutnego, Emilia cierpi na przypadłość każdej w zasadzie postaci poza wspomnianą Rem: jednowymiarowość. Re:Zero nie daje czasu na ukazanie i budowę świata, rzucając od czasu do czasu strzępki informacji i uznając, że tyle wystarczy. To samo dotyczy bohaterów, których każdego da się w sumie określić jednym prostym zdaniem. Szaleniec. Starszy pan z mieczem i Tragiczną Przeszłością. Urodzona przywódczyni. Ekstrentryczny mag. Emilia przez całe anime jest traktowana jako nic innego, jak motywacja Subaru do nieustannego narażania życia (często wbrew wszelkiej logice i wyraźnym rozkazom samej zainteresowanej) i tyle. I to pomimo tego, że teoretycznie jej podobieństwo do Wiedźmy jest w świecie Re:Zero czymś naprawdę ważnym – ale Emilia jako postać, podobnie zresztą jak cały ten wątek z Wiedźmą, jest tylko zasugerowany.

Wyjątkiem jest dwójka sióstr, Rem i Ram, które posiadają aktualną historię, motywacje i relacje łączące je z innymi postaciami. Rem też jako jedyna w zasadzie w całym show przechodzi transformację, acz jej drastyczność jest podejrzanie wymuszona przez zastosowanie magicznego argumentu „bo tak” scenarzystów. Niemniej i tak wygrywa ona na tle…. no właśnie, czego?

Re: Zero to wydmuszka

Zauważyliście, że w zasadzie niczego nie napisałem o świecie i postaciach pobocznych, czy też nawet fabule? Naprawdę, nie ma o czym pisać. Wszystko to jest mało istotnym tłem dla kolejnych drakońskich śmierci bohaterów i walki Subaru z przeznaczeniem. Anime podąża od jednej drastycznej śmierci do kolejnej, i tak w kółko aż do ostatniego odcinka. Podczas tego całego czasu nie jest dokonywany żaden progres, niemalże nic się nie zmienia, widz nie odkrywa niczego na temat świata i jego historii. Wizja demonicznej Wiedźmy pozostaje tak samo oddalona na początku, jak i na końcu Re:Zero i to pomimo tego, że teoretycznie była ona odpowiedzialna za bardzo źle wspominany okres w dziejach świata. Re:Zero nie przekazuje żadnego morału, sensu czy czegokolwiek w ten deseń.

Przysięgam, że to jedyny dobry kawałek od Myth&roid. Ending w Re:Zero.

Co nie oznacza, że to złe anime. Owszem krytykuję to anime za przywary, bo tych jest sporo, co jednak nie przeszkadza mu w byciu przyjemnym czasoumilaczem, który można pochłaniać całymi odcinkami. Re:Zero kara Hajimeru Isekai Seikatsu pomimo swoich wad to seans w sam raz dla spragnionego rozrywki widza, który nie jest zainteresowany kunsztownie zaprojektowanym światem i progresem postaci w postaci chociażby Monster. Re: Zero robi to, co chciało całkiem dobrze, nie ustrzegając się przy tym potknięć w postaci luk fabularnych, czy też twistów w historii zrobionych na zasadzie „bo tak scenariusz każe”. Re:Zero to ładna, wydmuszka, na którą przyjemnie popatrzeć bez uczucia zmarnowania czasu. Ale nie oczekujcie, że wykluje się z niej cokolwiek innego.

Tagi

Dodaj komentarz

Close
Close