ARTYKUŁPC & KONSOLE

Samurai & Dynasty Warriors okiem fana

Feudalna Japonia, Chiny okresu wojen trzech królestw – na pewno każdy kto chociaż trochę interesuje się krajami dalekiego wschodu, tudzież historią świata, słyszał te określenia. W dziełach anglojęzycznych pisze się także o Romance of the Three Kingdoms (romans trzech królestw). Można sobie pomyśleć – ot nic interesującego, prali się po ryjach, tylko gdzieś tam dalej – norma w historii. Ale jednak od 2004 roku dostajemy dość regularnie kolejne tytuły przedstawiające nam wesołą naparzankę setek wojowników z kawałkiem solidnej historii w tle.

Tekst, który został opublikowany w Wolnej Strefie, ale bardzo nam się spodobał, więc ląduje na głównej! 🙂

Tło historyczne i teatralne ujęcie to znaki rozpoznawalne serii

Początki obu serii miały miejsce na konsolach, ale obserwując ostatnie lata coraz chętniej Omega Force wydaje swoje tytuły także na blaszakach. Czym są owe serie? W skrócie można by rzec, że to slashery, ale mocno spłyca to fakt, czym te gry są tak naprawdę. Mimo, iż pierwsze tytuły były dość ubogie względem swych następców, to zawsze stawiały na ważnym planie tło historyczne i teatralny sposób przedstawienia wydarzeń ważnych dla obu krajów, Chin oraz Japonii.

W późniejszym okresie pojawiały się wariacje z podtytułem Empires, gdzie poza naparzaniem w boju, prowadziliśmy strategiczny podbój na mapie, który był dość rozbudowany na tle innych znanych nam strategii. Niemal w każdej części tych tasiemcowatych serii, (Dynasty Warriors doczekało się 9 tytułów głównych, czyli nie licząc dodatków i spin offów, czym mało która gra się może pochwalić), znajdziemy tryb walki kanapowej na przedzielonym ekranie, czy to w trybie VS, czy kooperacji, niemal zawsze są tryby wyzwań, survivalu, ale co ważniejsze, znajdziemy tony informacji historycznych na temat każdego ze znaczących bohaterów, a tych jest naprawdę bardzo wielu – od legendarnych wojów, przez strategów, aż po dowódców i samych cesarzy.

To w zasadzie osobny gatunek zwany Musou

Wracając do tego czym są te gry, to można by rzec, że są nowym gatunkiem, zwanym Musou. Czemu aż całym oddzielnym gatunkiem? Przez charakterystykę rozgrywki, która wygląda w sposób następujący: wybranym herosem bierzemy udział w jednej z historycznych bitew, przed każdą walką możemy się odpowiednio wyposażyć w oręż oraz konia, którym możemy przemierzać mapę. Przed każdą bitwą dostajemy mapę poglądową wraz z celami, widzimy tam rozmieszczenie wrogich i przyjacielskich jednostek, możemy sobie zaplanować gdzie skierujemy się najpierw. Sytuacja na mapie zmienia się wraz z rozgrywką bardzo dynamicznie. Cechą charakterystyczną części bitewnej jest to, że zmagamy się z całymi setkami jednostek wroga. Ktoś może rzec, że to nierealne, fantastyka itp. brednie, ale właśnie ta romantyczność gatunku musou nakazuje nam odrzucić w kąt realizm i skupić się na fakcie, że dowodzimy legendą, postacią która przeszła do historii i zapisała się na zawsze w jej kartach, jest takim super bohaterem tamtych czasów i można przymknąć oko na to, że kładziemy 10 chłopa jednym ciosem.

Musou miesza w sobie także bardzo wiele innych, znajdziemy tutaj wspomnianego slashera i strategię, ale również elementy rpg, rozbudowane w niektórych spin-offach (Spirit of Sanada) i wszystko to łączy się w spójną i przyjazną dla gracza całość. Konwencję Musou wykorzystano również do stworzenia gry w uniwersum Gundama, Berserka, czy Fist of the North Star i wszędzie znalazła ona świetne zastosowanie, czuję że też świetnie sprawdziłaby się w DragonBallu. Dynasty Warriors doczekało się również filmu fabularnego oraz wersji na smartfony.

W tych grach wcielamy się w żywe legendy tamtych czasów

Bohaterami obu gier, jak już wcześniej wspomniałem, są postacie historyczne, ale także legendarne, jak chociażby Goemon (japoński Robin Hood), czy LuBu (niepokonany wojownik o nadludzkiej sile). W grach tego gatunku podniesiono ich rangę dość znacząco, każda z nich wyróżnia się na polu walki, posiada unikalne umiejętności, kostiumy, ale także i osobowość. Grając w te gry naprawdę można utożsamiać się z tymi bohaterami, są po prostu autentyczni, dialogi może nie są górnolotne, ale wszystko do siebie pasuje i można naprawdę wczuć się w daną postać, współczuć jej, czuć podziw, pogardę, sympatię i inne uczucia podczas śledzenia ich losów. Wprowadzenie delikatnych elemntów RPG zachęca do szkolenia wybranych ulubieńców oraz zdobywania dla nich lepszego oręża, a po przejściu kampanii wbudowana encyklopedia zachęca do zapoznania się z historią krajów dalekiego wschodu i poznaniu losów postaci z okresu wojen feudalnych, czy też trzech królestw.

Obie serie połączone zostały w grach pt. Warriors Orochi, które doczekały się 4 części. Dzięki takiemu połączeniu Chin i Japonii otrzymujemy tytuł, gdzie poza bohaterami ze wspomnianych już serii, pojawiają się nam postacie z legend obu tych kultur. Zjednoczeni stawiamy opór złu, które chce zniszczyć porządek świata – niby banalne, ale przyjemne w wydaniu musou. Wielu może zniechęcić tłuczenie wciąż tych samych przeciwników, niestety ilość tekstur na armatnim mięsie jest mocno ograniczona, zwłaszcza we wczesnych odsłonach serii, ale na pewno znajdą się tacy, którym nie będzie to przeszkadzało i zainteresuje ich fabuła i dążenie do wyznaczonego celu oraz poznawanie nowych postaci i wydarzeń historycznych w rytm dynamicznej muzyki gitarowej, przeplatanej orientalnymi utworami w wolniejszych momentach.

Nowsze części dostępne są na steamie, po starsze należy sięgnąć albo do starych konsol (PS2/XBOX/PS3/X360), albo do emulatorów – ale naprawdę warto. Jest to seria, która zachęca do poznania kultury i historii dalekiego wschodu i zawsze grając w którąś z części zastanawia mnie, czemu nikt nie miał takiego polotu w stworzeniu podobnej gry w polskich realiach historycznych, przecież u nas więcej się działo w tej kwestii. Może warto podrzucić taki pomysł zakręconym chłopakom z Omega Force?

Tym optymistycznym akcentem gorąco polecam zapoznanie się z serią każdemu, kto lubi dobrą zabawę oraz naukę przez zabawę!

1+

One Comment

  1. Fajny tekst – w zasadzie to nigdy specjalnie na tę serię nie zwracałem uwagi – ale też setting by mi bardziej pasował nasz rodzimy 😀 Taki Wołodyjowski w bitwie o Kamieniec Podolski, albo Zawisza Czarny w bitwie pod Grunwaldem – byłby ogień! 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button