PC & KONSOLERECENZJA

Sunless Sea

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Witajcie w Upadłym Londynie epoki wiktoriańskiej! Dlaczego upadły? Nie, nie mieliśmy tutaj żadnej inwazji obcych, nie otwarto żadnych portali do piekła. Ten konkretny Londyn jest upadły, bo po prostu… został skradziony przez nietoperze i zapadł się głęboko pod ziemię. Teraz to co zostało z tego dumnego miasta zajmuje wielką pieczarę wypełnioną podziemnym oceanem, po którym rozrzucone są niewielkie wysepki. Niektóre są zamieszkane, inne nie, część kryje w sobie mroczne sekrety, a na innych łatwo popaść w obłęd. Ale sam się o tym dobrze przekonasz, jeśli tylko spróbujesz zostać kapitanem własnego okrętu.

Sunless Sea jest nietypową produkcją – nie tylko dlatego, że akcja toczy się w wykreowanym przez twórców świecie Fallen London (wcześniej użytym w grze dostępnej na przeglądarki), który przypomina nieślubne dziecko stylu Terry’ego Pratchetta oraz Lovercrafta z dodatkiem steampunku i osadzonym “historycznie” w okresie wiktoriańskim. Nie, Sunless Sea jest dziwną grą również dlatego, że bryluje tam, gdzie inne gry w zasadzie nie wychodzą spoza utartych schematów, a słabuje tam, gdzie konkurencja zazwyczaj radzi sobie przynajmniej dobrze.

Jak się rzekło, przygodę w produkcji Failbetter Games rozpoczynamy od kapitana – tego pierw musimy stworzyć, odpowiadając na kilka pytań i wybierając jego imię oraz portret. Dalej pozostaje zaznajomienie się z nietypowym interfejsem, wizyta gdzie się da w rodzinnym porcie miasta Londyn, później już można wyruszyć na szerokie wody podziemnego oceanu. I po kilkunastu minutach zginąć, kiedy kończą się zapasy paliwa, prowiant, załoga dostaje bzika, albo po prostu dopada nas wielka, wkurzona i żywa góra lodowa. Po niezbyt chwalebnej śmierci mamy okazję zacząć zupełnie od nowa, albo kontynuować dziedzictwo poprzednika, co pozwoli zachować część zdobyczy, oficerów lub mapę odkrytego świata. Oczywiście, nasz drugi kapitan również pożegna się z życiem, tym razem kiedy odkryjemy, że zapuszczanie się za daleko od macierzystego portu bez solidnych zapasów było błędem. Albo wypłyniemy zbyt daleko na północ.

Rdzeniem gry jest eksploracja oraz historia. Za każdym razem kiedy wyruszamy z Londynu, szukamy czegoś nowego. Odkrywamy inne przyjazne porty i ich historie, wykonujemy pomniejsze dostawy, handlujemy wiadomościami z dalekimi placówkami, wpływamy na wody zdominowane przez piratów, a w panicznej ucieczce pakujemy się w sam środek wielkiego wiru pośrodku morza mgły. Wraz z każdym wydarzeniem jesteśmy raczeni różnymi opisami, czasami całkiem długimi, pozwalającymi lepiej zapoznać się z lore świata, napotkanymi postaciami i miejscami albo po prostu podsumowującymi jakieś wyjątkowo nieciekawe zdarzenie, którego byliśmy świadkiem. To zdecydowanie najjaśniejszy punkt całej produkcji: teksty. Są napisane naprawdę ze smakiem, stylizowane na “bardzo, bardzo brytyjskie” i sprawiają, że momentami Sunless Sea można traktować jako całkiem ciekawą, interaktywną książkę. Nie ma tutaj voice actingu ani cut-scenek, cała historia opowiadana jest za pomocą tekstu i jeśli lubicie czytać, to tutaj z pewnością znajdziecie niejeden interesujący fragment. Gorzej jeśli nie przepadacie za stertami liter, wtedy prawdopodobnie umrzecie z nudów, bowiem tytuł ten jako typowa gra sprawdza się słabo.

Niestety, jak już się rzekło, Sunless Sea ma problem w tym, że poza świetnymi tekstami i intrygującym światem, pełnym maszyn parowych, wrednych nietoperzy, inteligentnych szczurów i podejrzanych kultów, gra jest zwyczajnie mało interesująca. Dlaczego? Zacznijmy od samej eksploracji. Pomijając już to, że początkowy statek gracza porusza się niesamowicie wolno i dotarcie gdziekolwiek wymaga czasami kilkudziesięciu minut wgapiania się w monotonię oceanu, to też sam świat jest rozczarowujący. W tym sensie, że pomimo zapowiedzi pewnej losowości tegoż, w zasadzie wszystkie najważniejsze wyspy zawsze były w tym samym miejscu, obojętnie ilu kapitanów zdążyłem ukatrupić. Zmieniają się niektóre zadania albo mieszkańcy niektórych wysp, ale biorąc pod uwagę możliwości jakie czekały na odkrycie przez autorów, wydaje mi się, że ta cała losowość i “zmieniający się świat wraz z każdym przybiciem do portu w Londynie” jest mocno na wyrost.

Jak wspomniałem, eksploracja nie jest tak zadowalająca, jakby mogłaby być. Podróżujemy także niesamowicie wolno, niczym jakaś podziemna wersja wyjątkowo leniwego ślimaka. Żeby przeżyć w świecie Unterzee musimy zapewnić kilka podstawowych czynników naszemu kapitanowi, z których kluczowym jest statek, ale tego raczej nie stracimy tak łatwo. Do tego potrzeba dodać załogę, paliwo do silników oraz prowiant, a czasami również amunicję do niektórych typów broni. Wszystko wymaga lokalnej waluty, nazywanej echo, a którą zdobyć można albo handlując, polując na piratów, albo wykonując zadania dla admiralicji Londynu. Tutaj pojawia się niestety kolejny problem, mianowicie powtarzalność i niesamowita wręcz trudność przeżycia. Zadania ograniczają się zazwyczaj do wypłynięcia do pewnego portu i zebrania na miejscu informacji na temat ostatnich wydarzeń, a następnie powrót do Londynu. Kluczem jest, aby po drodze zrobić koło po maksymalnej liczbie innych placówek, aby móc sprzedać informacje również z tamtych miejsc i w ogóle móc wyjść na zero. Kiedy dostałem po raz pierwszy ponad 100 echo od szefa Londyńskiej instytucji, myślałem, że wreszcie stanę na nogi! Wykupiłem za to maksymalną ilość zapasów i ruszyłem na kolejną misję. W połowie drogi skończyło mi się paliwo, a załoga popadła w obłęd wskutek oszczędzania przeze mnie światła przez całą podróż i w efekcie znalazłem się sam pośród zimnego Unterzee, nie będąc pewnym czy dotychczasowi kamraci zaraz nie uznają mnie za najsmaczniejszy kąsek na statku.

Gra jest monotonna – pływamy od portu do portu, modląc się aby w ogóle udało się nam wyjść na zero, okazjonalnie wdając się w walkę z przeciwnikami. O walce nie ma sensu wiele pisać: jest prosta, ogranicza się w sporej części przypadków do odczekania aż celowniczy “namierzy” cel i wciśnięcia jednego przycisku. Prostota, która mogłaby działać w grach na przeglądarki, ale nie w pełnoprawnej grze na PC. Sunless Sea nie podaje nam ręki i nawet nie podpowiada, czym są te wszystkie dziwne, zbierane przez grę przedmioty. Wręcz wskazuje, że celem gry jest eksploracja i handel, co jest raczej kiepskim pomysłem. Tymczasem zaglądając na wiki jesteśmy w stanie odkryć, że istnieje w miarę bezpieczna trasa, którą możemy szmuglować nielegalne substancje za niezły pieniądz i w ten sposób dorobić się lepszego okrętu, broni i oficerów – wtedy też dla wielu zaczyna się właściwa gra, gdzie możemy faktycznie zająć się tylko eksploracją oraz śledzeniem historii i pobocznych questów. Ale właśnie: bez zaglądania do wiki lub szukania po forach gry, jesteśmy skazani na wykonywanie misji, które w zasadzie nie zawsze nawet zwracają nam koszty podróży. Samemu nie w sposób odkryć tego, co się opłaca kupować, jak szmuglować nielegalny towar do Londynu, czy też gdzie znajdują się najważniejsze porty. Tak, wiem: w teorii powinniśmy sami je odkryć. Ale to zadanie bardzo mozolne i de facto nieprzyjemne, zwłaszcza kiedy ginie nam kolejny kapitan i musimy odkrywać mapę na nowo.

Sunless Sea jest dla mnie problemem. Z jednej strony to naprawdę oryginalna produkcja z ciekawym i nieźle napisanym światem, gdzie czytanie jest po prostu przyjemnością. Z drugiej, mozolność i powtarzalność rozgrywki sprawiają, że nie chciało mi się nawet myśleć o stworzeniu kolejnego kapitana. Wiedziałem bowiem, że znowu rozpocznę z niemal tymi samymi statystykami, z tym samym zadaniem początkowym i odkrywać będę te same miejsca, potwory będą tam gdzie zawsze. Żenująco śmieszna mechanika walki zdecydowanie nie pomaga, podobnie jak martwy świat, w którym nic się nieomal nie zmienia i po którym nikt inny nie podróżuje.

Jeśli lubicie nietypowe produkcje i – koniecznie! – lubicie czytać, dajcie szansę Sunless Sea. To powolna gra, która znajdzie swoją niszę u osób cierpliwych i ceniących dobrą opowieść. W przeciwnym razie radziłbym trzymać się na dystans. Powtarzalność wykonywanych czynności, prosta walka i niezbyt imponująca oprawa graficzno-muzyczna sprawiają, że najlepiej traktować tę grę jako interaktywną książkę. Taką, gdzie każdy kolejny rozdział zaczyna się w niemal taki sam sposób, jak poprzedni.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close