PC & KONSOLERECENZJA

The Book of Unwritten Tales 2

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Jak ja się stęskniłam za Wilburem, Ivo, Nate’em i Zwierzakiem! Co prawda na ostatnią dwójkę czekałam nieco krócej, lecz mimo wszystko minęło sporo czasu od ostatniego spotkania z rudym awanturnikiem oraz jego kudłatym kompanem. Poza tym, marzyłam o ponownym zobaczeniu całego zespołu w akcji. I wreszcie nadszedł ten moment – moi ukochani bohaterowie powrócili w komplecie, a co najważniejsze, tak znakomitej formy może im pozazdrościć niejedna wirtualna postać.

Różnie bywa z miłością od pierwszego wejrzenia – jedni w nią wierzą, inni zbywają zaś pogardliwym uśmiechem, wytykając naiwność gwałtownych porywów serca. Nie wspominam jednak o tym, aby prowadzić dywagacje na temat związków międzyludzkich. Po prostu coś takiego przytrafiło mi się w przypadku debiutanckiej odsłony The Book of Unwritten Tales. Oczarowana przez materiały prasowe nie mogłam opędzić się od myśli o tej produkcji, a przejście owego tytułu potwierdziło, że nie ma mowy o fatalnym zauroczeniu. Z niecierpliwością wypatrywałam więc kontynuacji świetnej przygodówki, lecz najpierw przyszła pora na The Critter Chronicles, czyli prequel opowiadający o początkach przyjaźni Nate’a i Zwierzaka. Gra dostarczała solidnej rozrywki, aczkolwiek wypadała zdecydowanie skromniej od „jedynki”, będąc zresztą jej samodzielnym dodatkiem. Niemniej Kroniki nie stłumiły mojego uczucia do cyklu, które jeszcze bardziej umocniło się po premierze upragnionej „dwójki” i przetestowaniu tejże pozycji.

Fabuła The Book of Unwritten Tales 2 rozgrywa się jakiś czas po wydarzeniach przybliżonych w pierwszej części sagi. Chociaż zło zostało pokonane, względny spokój nie trwa w nieskończoność, a co za tym idzie – Aventasia ponownie znajdzie się w poważnym niebezpieczeństwie. Niemieckie studio KING Art Games, które odpowiada za całą serię, bynajmniej nie funduje odbiorcom fabularnej kserokopii pierwowzoru. Tym razem magiczne uniwersum nawiedzi coś w rodzaju epidemii różowej słodyczy, gdyż ktoś zmienia jego mieszkańców, a także budynki czy niewielkie przedmioty w słodycze, domki dla lalek, pluszaki i inne zabawki. O ile takie metamorfozy pozornie wydają się raczej zabawne niż groźne, o tyle ofiarom owych czarów na pewno nie jest do śmiechu. Nawet sympatycy ulubionego koloru Barbie mogliby w końcu odczuć przesyt, nie wspominając już fanach metalu i gotyku, dla których tak wysokie stężenie różu oznaczałoby istną gehennę. Wiszące nad Aventasią zagrożenie nie ogranicza się rzecz jasna do cukierkowatej inwazji, ale więcej szczegółów nie zdradzę. W zamian zapewniam, że nie będziecie narzekać na nudę.

Jak łatwo zgadnąć, misja ratowania świata po raz kolejny przypadnie czwórce bohaterów, których poznaliśmy w „jedynce”. Zanim jednak podejmą rzuconą przez wrogów rękawicę, dowiemy się, co tam w ogóle u nich słychać. Wprawdzie główna intryga przewija się w pierwszych godzinach gry, ale majaczy gdzieś tam na dalszym planie, podczas gdy prym wiodą wtedy osobiste sprawy protagonistów. I tak oto poobserwujemy trudne relacje, jakie łączą elfią księżniczkę Ivo z matką. Mimo że dziewczyna nie zaleczyła jeszcze ran po rozstaniu z Natem, rodzicielka wręcz zmusza ją do poślubienia obcego księcia. Na dodatek, młoda elfka zaczyna niedomagać, a postawiona diagnoza okazuje się dość zaskakująca. Z kolei dobroduszny gnom Wilbur zawodowo para się czarami, realizując tym samym swoje marzenia. No może nie do końca, ponieważ w mieście Seastone otwarto szkołę magii i z powodu braków kadrowych młodzieniec ląduje tam na stanowisku belfra. Zmagania z trudami nauczycielstwa nie należą do najprzyjemniejszych, tym bardziej że młody pedagog obciążany jest dodatkowymi obowiązkami. A Nate jak zwykle szuka skarbów i guza, podróżując wraz ze swoim kumplem Zwierzakiem.

Przyznam, że spodobało mi się takie poprowadzenie scenariusza. Jest to pewna odmiana w stosunku do pierwszej części, która od razu rzucała graczy w sam środek problemów i jednocześnie informowała o istocie zaistniałego wówczas konfliktu. Ponadto nie ukrywam, iż bardzo zżyłam się z bohaterami przechodząc TBoUT1. Ciekawa byłam tego, jak minione wydarzenia wpłynęły na obecną sytuację najważniejszych postaci, a także jak generalnie wygląda życie w Aventasii. Taki zabieg wydaje się również interesujący z punktu widzenia osób, które nie miały styczności z wcześniejszymi odsłonami. Twórcy dają im w ten sposób szansę na dokładne poznanie Wilbura i spółki. Co więcej, deweloperzy sprawnie splatają potem losy owej czwórki, stawiając ich wszystkich przed zadaniem powstrzymania czarnych charakterów.

Warto podkreślić, iż lista godnych uwagi bohaterów nie kończy się na czteroosobowym zespole. TBoUT2 koncertowo kontynuuje wytyczoną przez poprzedniczki drogę, prezentując szeroką gamę charyzmatycznych osobników. W trakcie naszej przygody spotkamy nie tylko starych znajomych, wśród których nie zabraknie takich indywiduów jak cwany handlarz Bill i gadająca mumia. Niemieccy programiści przedstawiają też nowe postaci, a w gronie świeżaków znajdują się chociażby robocik N8, zakręcona szczurzyca Ethel oraz ponętna panna Kiki. Co najistotniejsze, KING Art Games nie zatraciło zdolności do rozśmieszania odbiorców, serwując mnóstwo humoru, w dużej mierze opartego na popkulturowych cytatach. Wzorem starszych części, produkcja jest po brzegi wypełniona odniesieniami do filmów, książek oraz gier, m.in. do „Gwiezdnych Wojen”, „Władcy Pierścieni”, „Powrotu do przyszłości”, Harry’ego Pottera czy Skyrima. Oprócz tego, deweloperzy żartują ogólnie z gatunków RPG i point and click. Dla przykładu, zakwestionowana zostanie przydatność kobiecej zbroi, która więcej odsłania niż zakrywa. Kiedy indziej odbędziemy zaś podróż w czasie, ukazującą graficzny rozwój przygodówek. I mimo że w tej wciągającej historii dominują komediowe tony, scenariusz zawiera parę poważniejszych momentów, które mogą nas zasmucić, a nawet sprawić, że zakręci się mała łezka w oku.

Ja tu gadu gadu o fabule, ale nie zapominajmy, że ocenie podlegają również pozostałe elementy produkcji. Do takich istotnych aspektów zalicza się oczywiście gameplay, który zadowoli fanów tradycyjnych przygodówek. TBoUT2 wyciąga to, co najlepsze z point and clicków. Zabawa polega przede wszystkim na eksploracji otoczenia, zbieraniu i używaniu przedmiotów, a także przeprowadzaniu konwersacji, w tym takich, gdzie trzeba wskazać odpowiednie kwestie dialogowe. Poziom trudności jest zróżnicowany – natrafimy zarówno na proste, jak i bardziej skomplikowane zadania. W większej liczbie występują te ostatnie, zwłaszcza w dalszych partiach przygodówki. Chociaż z pomocą przychodzi opcja podświetlania hotspotów, rozgrywka nie staje się przez to banalna. Ponownie przyjdzie nam też zmierzyć się z fragmentami, w których sukces osiągniemy dzięki współpracy postaci (dwóch bądź trzech) i funkcji przełączania się pomiędzy nimi. Gwoli ścisłości, w grze nie pokierujemy wyłącznie członkami czteroosobowej drużyny. W tutorialu przejmiemy kontrolę nad wspomnianym wcześniej robocikiem, a później wskoczymy na krótko w skórę małego szczurka Timmy’ego.

Seria The Book of Unwritten Tales od początku dostarczała mi przyjemnych doznań estetycznych. Tym bardziej cieszy fakt, iż twórcy przebili swoje dokonania na polu graficznym. Zrealizowana ze znacznie większym rozmachem „dwójka” jest bez wątpienia najpiękniejszą odsłoną cyklu. W czasie rozgrywki niejednokrotnie zatrzymywałam się w poszczególnych miejscach, by chłonąć wzrokiem ogrom detali i mocne nasycenie kolorów. A naprawdę jest co podziwiać, ponieważ w parze z jakością idzie ilość. Twórcy wyczarowali sporo ślicznym plansz, przy czym zdarza się, że te same lokacje zostają poddane modyfikacjom w wyniku inwazji słodkości. Generalnie różnorodność cechuje całą oprawę wizualną – spowity nocą mroczny las wywołuje odmienne wrażenia niż skąpany w słońcu pałac elfów, acz obu miejscom nie można odmówić olbrzymiego uroku.

Co się tyczy postaci, ich aparycja nie wzbudza zastrzeżeń. Jeżeli ktoś nie grzeszy urodą, to zgodnie z zamierzeniami deweloperów. Zwierzak nadal wygląda więc pociesznie, a Wilbur ma wypisaną dobroć na twarzy. Zmienił się za to image Ivo i Nate’a – na szczęście pozytywnie, choć w „jedynce” daleko im było do maszkar. Jednakże w TBoUT2 elfia księżniczka zdecydowanie wyładniała, natomiast kapitan latającego statku zyskał bardziej zawadiackie rysy, jak przystało na urodzonego awanturnika. Niestety, nie ustrzeżono się drobnych błędów z przenikaniem tekstur (noga wchodząca w stolik, szyja wtapiająca się w monument itd.). Recenzencki obowiązek każe mi zasygnalizować ich obecność, ale zaznaczam, iż występują bardzo rzadko i nie odbierają radości płynącej z zabawy. Frajdy nie popsuje też średnia synchronizacja głosu z ruchem warg ani zaobserwowane raptem kilka razy wpadki w rodzaju zbyt cichej kwestii czy źle wyświetlonej linijki dialogowej. A skoro już zahaczyłam o warstwę dźwiękową, przejdę do pochwał, bo w ogólnym rozrachunku grze należą się w tej dziedzinie brawa. Voice acting stoi na wysokim poziomie, podobnie jak nagrana z udziałem orkiestry muzyka, która wpada w ucho i pasuje do odwiedzanych lokacji. Przykładowo na pustyni usłyszymy rytmy kojarzące się z Egiptem, a w mrocznym lesie nutę rodem z filmów Tima Burtona.

Przejście drugiej części The Book of Unwritten Tales spokojnie zabierze nam ponad 20 godzin, nawet z pominięciem kilku opcjonalnych zadań. To lepszy wynik w stosunku do pierwszej odsłony, która nie była krótką pozycją (w moim przypadku starczyła na około 15 godzin). A kiedy już dobrnęłam do finału, wcale nie miałam dość. Nowe przygody Wilbura i jego przyjaciół z nawiązką spełniły pokładane w nich nadzieje, stanowiąc modelowy przykład wysokiej klasy przygodówki. Trochę się teraz boję sięgać po kolejne point and clicki, gdyż trudno będzie dorównać znakomitej robocie deweloperów zza Odry. Podsumowując, grę gorąco polecam, a sama czekam na ciąg dalszy, który, wnioskując po zakończeniu, powinien prędzej czy później nastąpić.


  • Wciągająca fabuła
  • Humor
  • Barwni bohaterowie
  • Ciekawe zagadki
  • Kilka grywalnych postaci
  • Długi czas rozgrywki
  • Śliczna grafika
  • Świetne udźwiękowienie
  • Drobne niedoróbki w warstwie audio-wizualnej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button