PC & KONSOLERECENZJA

Tony Hawk’s Pro Skater 5

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Activision już wielokrotnie udowodniło, że ma gdzieś finalną jakość produktów, które sygnuje swoim logiem. W końcu liczy się tylko hajs, a każde badziewie i tak się sprzeda, byle tylko nawiązywało do znanej bądź cenionej niegdyś marki. Nie dziwi więc, że od ładnych paru lat gigant wydawniczy utożsamiany jest przede wszystkim z koszmarkami bazującymi na filmowych licencjach oraz dojną krową w postaci serii Call of Duty. Nie o CoDzie dziś jednak, a kolejnym pokracznym potworku z amerykańskiej stajni – grze bezczelnie niedopracowanej, niedokończonej i skleconej na kolanie. Panie i panowie, Tony Hawk’s Pro Skater 5. Tak dobija się legendy.

Poszło z grubej rury? A i owszem. Ale co innego można napisać o grze, która bez patcha jest w zasadzie niegrywalna, a ten udostępniony w momencie premiery waży aż 7 giga, a więc znacznie więcej niż sama gra. Bluzgi same wylatują z ust, gdy okazuje się, że nawet po tak potężnej łatce wciąż mamy do czynienia z produktem bezmyślnie zaprojektowanym, zabugowanym i żałośnie amatorskim, a do tego brzydkim, średnio treściwym i niezoptymalizowanym.

Całość przypomina demo, bo każdy pomniejszy element wydaje się mocno przycięty względem starszych odsłon cyklu. Ograniczone możliwości wychodzą już na etapie kreacji własnego skatera, a później jest tylko gorzej. Tryb kariery rzuca nas na kolejne mapy, gdzie czeka szereg pierdółek do zebrania i wyzwań do zaliczenia, z czego spora część to jakieś kompletnie poronione lub nietrafione pomysły. Niemal wszystkie są sakramencko nudne, co gorsza, aktywacja każdego za każdym razem wiąże się z upierdliwym loadingiem, a gdy już wystartujemy, nie da się z niego zrezygnować przed upływem wyznaczonego czasu. Pa-ra-no-ja!

Możecie obstawiać w ciemno, że nawet najbardziej beznadziejne rodzaje wyzwań przyjdzie wam zaliczać po kilka razy w kolejnych miejscówkach, i to pod warunkiem, że te ostatnie wcześniej odblokujecie. Żeby było zabawniej, gra ma irytujące problemy z zaliczaniem poprawnie wykonanych zadań czy tricków, przez co nie raz i nie dwa trzeba je powtarzać do skutku. Swoją drogą listę ruchów też przycięto do absolutnego minimum, a rozgrywkę bezmyślnie uproszczono.

Wątpliwej zabawy nie ułatwiają nieustannie powracające problemy z fizyką i detekcją kolizji. Grawitacja, która bierze wolne oraz postać zatapiająca się w tekstury, blokująca się w jakimś ciasnym miejscu lub zaliczająca glebę w teoretycznie czystej sytuacji to tutaj smutny standard. Chcąc wymyślić koło na nowo, lekko zmodyfikowano (czytaj: spieprzono) nawet sterowanie, a łapiąca zadyszkę animacja przyczynia się do kolejnych porażek.

Przy bolączkach trapiących rozgrywkę, kwestie wizualne wydają się marginalne, a przynajmniej nie aż tak istotne. Z kronikarskiego obowiązku trzeba jednak dodać, że i na tym polu kompletnie pokpiono sprawę. Gra wydana w drugiej połowie 2015 roku prezentuje się jak produkt z początków poprzedniej generacji. Modele postaci są szalenie ubogie, otoczenie jest biedne i nieciekawe, a poszczególne mapy odpychają niewielkimi rozmiarami i straszą nadmierną prostotą. Wszystko wygląda jak dekoracje z kartonu, z kolei mapy nawiązujące do klasycznych miejscówek ze starych części są chyba jakimś niesmacznym żartem wyjątkowo upośledzonego grafika.

Nie byłoby dla mnie zaskoczeniem, gdyby okazało się, że twórcy skorzystali z kreatora dołączonego do gry i sklecili naprędce większość map w przerwie na fajkę. Powszechny minimalizm bije tu praktycznie z każdego kadru, z dowolnego elementu graficznego. Mimo wizualnej nędzy, gra na naszych oczach nieustannie doczytuje jakieś obiekty, a animacja raz po raz potrafi mocno chrupnąć. Jak to ustrojstwo będzie wyglądało w wersjach na starsze i znacznie słabsze konsole? Strach pomyśleć.

Sytuacji nie ratuje cel-shading, na którego zdecydowano się zapewne tylko dlatego, by choć trochę zatuszować powyższe braki. Znam dobrze ten tok myślenia. “Jeśli robimy grę wyglądającą jak komiksowe kadry puszczone w ruch, nikt nie będzie się czepiał”. Niestety i ta technika potrzebuje talentu i serca, a wtedy gra prezentuje się cudnie, co udowodniły chociażby ostatnie perypetie Sly Coopera. Tu nie znajdziecie ani talentu, ani włożonego serca. Na plus wyrywa się w zasadzie tylko nieźle skrojona ścieżka dźwiękowa, choć w tym przypadku wiele zależy od tego, czy poszczególne kawałki trafią w wasze gusta.

Zapowiadana jako powrót do korzeni, “piątka” miała być ukłonem w kierunku starych odsłon cyklu, w których liczyło się przede wszystkim czesanie kosmicznych tricków na kapitalnie zaprojektowanych mapach, a co za tym idzie bezpretensjonalna i dynamiczna zabawa. Niestety partactwo wykonania najnowszej części sprawia, że twór ekipy Robomodo zapamiętany będzie jako ostatni gwóźdź do trumny tej zacnej niegdyś marki, a przy okazji największa wydawnicza wtopa 2015 roku wśród tytułów z wyższej półki. Kultowa seria zalicza glebę tak dotkliwą, że chyba tylko cud byłby w stanie ją wskrzesić i sprawić, by znów zalśniła dawnym blaskiem.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button