FILMYRECENZJA

Czarnoróżowa Pantera

Co by było jeśli Martin Luther King i Malcolm X założyli trykoty i zaczęli się prać po gębach? Obejrzyjcie Czarną Panterę, a się przekonacie.

Byłem nieco sceptyczny względem zachodnich, hurraoptymistycznych recenzji Black Panther – i słusznie, bo idąc na ten film ze zbyt dużymi oczekiwaniami mógłbym się tylko zawieść. Tymczasem to po prostu bardzo solidny i zrobiony z jajem origin story, wprowadzający do uniwersum Marvela kolejnego superbohatera. To, że jest nim pierwszy czarnoskóry heros, Czarna Pantera, jest czymś, nad czym w dzisiejszych czasach powinniśmy przejść do porządku dziennego – w rzeczy samej, gdyby wymienić wszystkich czarnych w filmie na białych i vice versa, wciąż byłby to równie udany film (przekorne, wiem).

Nie będę tu streszczał fabuły, bo to może sobie sprawdzić każdy umiejący obsłużyć nagrywanie kasety VHS. Mogę tylko powiedzieć, że główna oś konfliktu jest bardzo mocna – zarówno główny bohater jak i jego wróg mają swoje racje (jak wspomniałem, po osi MLK – MX), a to, że pierwszy na końcu wygrywa (łooo, jaki spoiler!) wcale nie rozwiązuje samo z siebie większego problemu, który ma się podług granicy izolacjonizm – otwartość (w scenie po napisach dostaje się też Trumpowi, a jakże). Ogromnym plusem jest także fakt, że w główne role wcielają się nieopatrzeni jeszcze aktorzy o ogromnych pokładach charyzmy: T’challa, jego siostra oraz główny zły, Killmonger. Każdy moment, w którym są na ekranie, to uczta dla oczu i ducha (ps. chcę numer do krawca głównego bohatera). Sporo też tu kobiet, aczkolwiek nie wszystkim dostało się po równo, szczególnie love interest T’challi wyciągnęła krótką słomkę i wydaje się doczepiona na siłę – na tyle, że nie zdołałem zapamiętać jej imienia. Za to pani generał Okoye… Powiem krótko: don’t fuck with Okoye.

Aha, łupaniny i starcia są spoko, a efekty specjalne robią robotę. Coś mi podszepnęło, że powinienem o tym wspomnieć.

No i najważniejsze – nie ma gansta rapu, zamiast tego są zmodernizowane afrykańskie rytmy – w rzeczy samej, jedyny podobny do tego gatunku utwór puszcza białoskóry Ulysses Klaue (grany przez Andy’ego Serkisa, który w każdym momencie nagrywania filmu bawił się na 120%). W ogóle film zdaje się zauważać (aczkolwiek nie wprost), że kultura murzyńskich gett jest po prostu toksyczna i że ratunek dla znajdujących się tam ludzi musi przyjść z zewnątrz. Oczywiście główny bohater i jego przeciwnik różnią się w kwestii czym ten „ratunek” ma być i stąd cały konflikt – ale jest to wyraźnie mocniejsza podstawa aniżeli „zdobywca z innej galaktyki chce podbić świat”.

Podsumowując, dwie rzeczy są pewne: 1) Marvel potrafi robić filmy o superbohaterach; 2) czarnoskórzy aktorzy potrafią grać. Jak można się domyślić, Czarna Pantera dowodzi, że czarnoskórzy aktorzy potrafią grać w filmach o superbohaterach Marvela. To, że jest to traktowane w Ameryce jako coś niesamowitego daje do zrozumienia, że tamten kraj jest bardzo daleki od przepracowania swoich problemów związanych z rasą. Tymczasem przeciętny zjadacz popkornu w Polsce nie powinien się niczym przejmować i spokojnie pójść do kina, by spędzić dwie godziny na bezpretensjonalnej rozrywce.

Tagi

3 Comments

  1. „bo to może sobie sprawdzić każdy umiejący obsłużyć nagrywanie kasety VHS” – Cardi ale większość czytających te słowa nie wie co to kaseta VHS ^^
    A co do czarnoskórych w uniwersum Marvela na ekranie, to przecież od dłuższego czasu leci na Netflixie serial o Luke’u Cage’u. Może nie jest to wielki ekran, ale to raczej zależy kto ilu calowy ma telewizor w mieszkaniu 🙂
    Co do amerykańskiego problemu ras, to skoro wspomniałeś o Malcolmie X i Lutherze Kingu, to na pewno zdajesz sobie też sprawę w jaki sposób i przez ile lat, czarni byli źle traktowaniu w USA, także mnie nie dziwi, że hameryka robi wielkie wow jak widzi czarnych obsadzonych w głównych rolach, którzy dobrze grają. Poza tym wcześniej już nie tylko w Marvelu (Samuel L. Jackson jako Nick Fury), ale i innych filmach hollywoodzkich czarni aktorzy pokazywali swój warsztat.

    Dobre!

    1. Z tym VHS to taki mały przytyk był 😉 A co kwestii rasowej, to po prostu wyraziłem zaskoczenie, że to wciąż robi tak wielkie halo, długo po tym jak czarnoskórzy byli obsadzani w głównych rolach, kręcili znakomite filmy będąc na stołkach reżyserskich i dostawali Oscary. Może chodziło konkretnie o to, że dotychczas tak rasowy casting występował tylko w kinie problemowym, a nie popcornowym? W każdym razie ze swojego punktu kulturowego widzę naprawdę fajnego Marvela który przy okazji ma głównie czarnoskórą obsadę, natomiast duża część Amerykanów najwyraźniej widzi film z głównie czarnoskórą obsadą który przy okazji jest fajnym Marvelem. Też ok.

      Dobre!

Dodaj komentarz

Close
Close