PC & KONSOLERECENZJA

Blue Estate

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Takie otwarcia lubię. Oparta na motywach komiksu produkcja francuskiego studia HeSaw rozpoczyna się z przytupem i zaostrza apetyt. Pierwsze dwa poziomy rozgrywane w chińskim klubie ze striptizem przypominają zwariowane połączenie zakrapianego efekciarstwem Strangleholda z szalonym, acz przekomicznym The House of the Dead: Overkill. Co więcej, ten karkołomny miks naprawdę się udał. Szkoda, że później jest już tylko gorzej.

Co jeszcze nie znaczy, że źle. Przynajmniej nie tak źle, jak w polskim potworku żerującym na licencji kultowego Rambo. W przeciwieństwie do naszych rodaków z Teyon Games, Francuzi wiedzą, że celowniczek nie może, a przynajmniej nie powinien być śmiertelnie poważny, bo trudno o bardziej prymitywny gatunek i mniej skomplikowaną mechanikę rozgrywki.

Twórcy puszczają więc do gracza raz za razem oczko, serwując gagi i durne teksty, a wszystko to kapitalnie uzupełnia się z dynamiczną rozgrywką, w której niczym inspektor Tequila we wspomnianym wcześniej Strangleholdzie wysyłamy tony ołowiu w czerepy nadbiegających przeciwników. Oczywiście czyniąc to z niebywałą gracją, robiąc wślizgi i inne efektowne ewolucje, a także aktywując od czasu do czasu spowolnienie czasu. Zasadnicza różnica polega na tym, że Blue Estate jest ździebko łatwiejszy, bo to jedynie strzelanina na szynach.

W celowniczku najważniejsza jest oczywiście sama mechanika strzelania, i trzeba przyznać, że ta jest całkiem udana. Na każdym poziomie otrzymujemy pistolet z nielimitowanym zapasem amunicji oraz jedną dodatkową broń – może to być potężny rewolwer, strzelba lub karabin maszynowy (do każdej mapy przypisano konkretną pukawkę). Każdy gnat jest inny, ma swoje zalety i wady, czuć różnicę i moc trzymanej aktualnie broni, więc frajda płynąca z siania ołowiem na lewo i prawo nie słabnie ani na moment.

Tempo zabawy podkręca rosnący mnożnik punktów, te z kolei nabijane są za każdą aktywność i wynik może różnić się w zależności chociażby od tego, w którą część ciała strzelimy. Zresztą kule posyłamy nie tylko w kierunku wrogów, bo mapy pęcznieją od elementów podatnych na nasze destrukcyjne zapędy. Oprócz operowania gryzoniem w trakcie rozgrywki wykorzystujemy również strzałki, które odpowiadają za pomniejsze aktywności – otwarcie drzwi, zdzielenie kogoś kolbą przez łeb czy… odgarnięcie włosów z czoła jednego z naszych herosów (bo bohaterów mamy dwóch – gangstera Tony’ego Luciano oraz najemnika Clarence’a), które od czasu do czasu spadają, kompletnie zasłaniając widok. Niby drobiazgi, ale przyjemnie urozmaicają prostacką formułę rail-shootera.

Mieszane uczucia wzbudza natomiast oprawa graficzna. O ile pierwsza miejscówka cieszy oko dużą ilością detali i żywymi kolorami, tak późniejsze okazują się strasznie nudne i monotematyczne. No ale jeśli musimy urządzić strzelnicę w kanałach czy na polu golfowym, trudno oczekiwać wizualnych fajerwerków. Podobnie z modelami postaci. Zdecydowanie najciekawiej prezentuje się pewna azjatycka kocica, która notorycznie eksponuje swe atuty (czytaj: świeci skąpo odzianym tyłkiem i dekoltem do pępka), pozostałe modele pozostawiają trochę do życzenia. Całość hula na silniku Unreal i choć od gry nie odrzuca, z wykorzystanego narzędzia dałoby się wycisnąć znacznie więcej.

Blue Estate to niezły tytuł, choć nieco zawodzi, bo na starcie prezentuje najlepsze gagi i najciekawszy etap, a rozbudzone nadzieje maleją z każdą kolejną minutą kampanii. Zresztą jej długość też nie przemawia na korzyść gry, bowiem całość zamyka się w nieco ponad trzech godzinach. Niby mapy są dość rozbudowane, ale mamy ich raptem siedem. Po skończonej zabawie pozostają jedynie odblokowany wyższy poziom trudności, tryb arcade oraz ewentualne próby bicia rekordów, by awansować wyżej na tablicach rankingowych. Jednym słowem przeciętny zjadacz chleba po jednokrotnym zaliczeniu scenariusza więcej do gry nie powróci. Niby racja, że celowniczki nigdy nie były specjalnie rozbudowane, ale produkcje spod szyldu Resident Evil Chronicles czy chociażby wspomniany Overkill udowodniły, że da się zrobić rail-shootera oferującego znacznie więcej. Chcieć to móc, panowie.

Ale wiecie, co jest najlepsze? Obśmiane przeze mnie Rambo nadal kosztuje prawie 40 euro na Steamie, mimo że od premiery tego gniota minął rok. Chłopaki się cenią, nie ma co. Tymczasem za o kilka klas lepszego Blue Estate trzeba zapłacić nieco ponad dychę, choć mimo wszystko z uwagi na bardzo krótką kampanię, z zakupem i tak radziłbym wstrzymać się do czasu kolejnych obniżek i przecen, których prędzej czy później z pewnością się doczekamy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button