PC & KONSOLERECENZJA

Dracula 4: The Shadow of the Dragon

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Brzydka jak noc listopadowa, niewiele dłuższa od przeciętnego filmu i archaiczna w każdym aspekcie. Cechy, które skreśliłyby z miejsca dowolną grę akcji, w przypadku przygodówek są do przełknięcia, jeśli tylko scenarzyści staną na wysokości zadania i będą w stanie zaserwować nam dobrą historię.

Wbrew liczbie w tytule, w grze bezproblemowo odnajdą się również ci gracze, którzy nie mieli styczności z poprzednimi odsłonami serii. Ekipa zaserwowała nam coś w rodzaju spin-offa, który z wcześniejszymi częściami nie ma zbyt wiele wspólnego. Wcielamy się w Ellen Cross, młodą konserwatorkę dzieł sztuki, która w imieniu Metropolitańskiego Muzeum wyrusza do Budapesztu tropem zaginionej kolekcji obrazów. Ta zatonęła przed kilkoma miesiącami, teraz zaś jedno z rzekomo utraconych dzieł “wypłynęło” na światło dzienne i ktoś musi potwierdzić jego autentyczność.

Krótkie śledztwo na Węgrzech zaprowadzi nas do tajemniczej posiadłości w Anglii, pełnej sekretów, ukrytych komnat i tajemnic przyczajonych wśród zmurszałych murów. Koniec końców wylądujemy w Turcji, gdzie czeka nas przykry cliffhanger i obietnica wyjaśnienia wszystkich rozpoczętych wątków w tworzonej już piątej odsłonie cyklu. Co ciekawe, Ellen cierpi na dość poważną chorobę, więc w podróż wyrusza z garścią tabletek. W ekwipunku znajdziemy zakładkę odpowiedzialną za miksowanie leków (możemy się również posilać zdobycznymi prochami czy owocami), dzięki której możemy dbać o kondycję bohaterki i reperować nadszarpnięte zdrowie. Pomysł może i niezgorszy, ale wydaje się wepchnięty na siłę i zwyczajnie niepotrzebny.

A jaką rolę w tym wszystkim odgrywa Drakula? Co ze wspomnianymi obrazami ma wspólnego Wład Palownik? Nawiązania są dość subtelne, może nawet nieco zbyt symboliczne, jednak nie zdradzę, w czym rzecz. Fabuła to jeden z niewielu jasnych punktów tej produkcji i jeśli już ktoś się skusi na przygodę, warto, by odkrywał wszelkie smaczki samodzielnie. Szkoda tylko, że całość da się zaliczyć w 2-3 godziny i to nie narzucając sobie sprinterskiego tempa. Tak, dobrze słyszeliście. W końcu ktoś odważył się zrobić grę jeszcze krótszą niż kampania w Call of Duty.

Archaiczność projektu Koalabs Studio wali po oczach na każdym kroku. Biedne jest nawet menu główne, a później jest tylko gorzej. Modele postaci widoczne podczas dialogów to niezgrabnie animowane, woskowe kukły, które przypominają wszystko, tylko nie ludzi. Graficy nie odpuścili nawet głównej bohaterce, która z miejsca wylądowała na szczycie listy najbrzydszych protagonistek w historii gier przygodowych.

Zasadniczo można by pochwalić otoczenie, bo prezentuje się nieco lepiej. Szkopuł w tym, że zostało zbudowane na modłę starych produkcji Cryo w rodzaju kultowej serii Atlantis. Oznacza to tym samym, że świat obserwujemy z perspektywy pierwszej osoby, gra nie ma jednak nic wspólnego ze środowiskiem trójwymiarowym. W świecie gry poruszamy się skokowo po siatce węzłów, mogąc rozglądać się po otoczeniu jedynie w ściśle określonych punktach. Takowe rozwiązania cuchnęły stęchlizną już w 2006 roku, gdy na rynku debiutowały takie produkcje jak Scratches czy Barrow Hill. Od technicznej strony Dracula 4 prezentuje równie amatorski poziom i w dzisiejszych czasach po prostu odpycha.

Na szczęście gra broni się tym, co w przygodówce wydaje się być najważniejsze – zagadkami. To wręcz zadziwiające, ile w tak krótkiej kampanii udało się upchnąć rozmaitych łamigłówek i przedmiotów do zebrania. Jest tego prawdziwe zatrzęsienie. Można wręcz odczuć pewien przesadyzm, zwłaszcza jeśli idzie o rozmaite puzzle. Nie ma panelu czy zatarasowanego przejścia, które nie byłoby zapieczętowane jakąś piekielną układanką z obracającymi się walcami, diodami czy innym cholerstwem. Dla ludzi, którzy lubują się w tego typu wyzwaniach, Dracula 4 może się okazać smakowitym kąskiem. Reszta może spokojnie sobie seans odpuścić.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button