ANIMERECENZJA

Grimgar: Ashes and Illusions

Podróż od zera

Zalew anime z gatunku “isekai” jest niejako plagą, która prześladuje widzów w ostatnich latach. Sukcesy takich serii jak Sword Art Online czy też Re:Zero kara Hajimeru Isekai Seikatsu sprawiły, że ciężko odgonić się od kolejnego przedstawiciela gatunku czyhającego na niemal każdym kroku – najgorsze w tym jest to, że tak mało serii w ogóle próbuje być w jakimkolwiek stopniu oryginalna, licząc że bycie samym “isekaiem” wystarczy do przyciągnięcia widzów.

Z tego powodu z pewnymi obawami podchodziłem do Grimgar: Ashes and Illusions (Hai to Gensou no Grimgar) – i pod pewnymi względami z pewnością zostałem pozytywnie zaskoczony. Czy to jednak wystarczy, abym mógł uznać tę serię za dobre anime?

Szczebel po szczeblu

Seria zaczyna się dość typowo: ot grupa ludzi odnajduje się w nowym świecie, zupełnie znienacka i nie mają ze sobą nic ze swojego poprzedniego życia. Nie pamiętają niczego ze swojego poprzedniego żywota, co jakiś czas jedynie łapiąc się na używaniu słów, których znaczeń nie rozumieją. Ot, dość typowa masowa amnezja pozwalająca z każdego bohatera zrobić czystą kartę, na której można nakreślić dowolny obraz.

Ostatnia grupa “przyzwana” w ten sposób dzieli się na kilka mniejszych grupek, które otrzymały powitanie w formie: bądźcie wolontariuszami w walce z bestiami albo radźcie sobie sami. Co w sumie kończy się i tak tym, że każda drużyna musi we własnym zakresie uczyć się lokalnego bestiariusza, zasad i tym podobnych, ale przynajmniej otrzymują minimalne wsparcie na start w postaci niskiej jakości zakwaterowania oraz kilku sztuk srebra. Mając w ręku więc tylko najbardziej potrzebny ekwipunek i wizję potencjalnego bankructwa na horyzoncie, wybór jest prosty co do dalszych poczynań.

Grupę głównych bohaterów poznajemy szybko i to w ważnym momencie – podczas bitwy! Nie jest to jednak epicka batalia z hordami zwierzoludzi albo ze smokiem siejącym zagładę pośród okolicznych wsi. Zamiast tego nasi zieloni “żołnierze” próbują – bezskutecznie – pokonać pojedynczego goblina. I tutaj zaczyna się podróż.

W przeciwieństwie do wielu serii fantasy, Grimgar nie stosuje wielu z typowych dla gatunku “klisz”, serwując standardowe i do bólu kolorowe i radosne high fantasy. Co prawda ogólny setting nadal można traktować jako dość często spotykane fantasy, ale bohaterowie nie są magicznie uzdolnieni we wszystkim czego się tkną. Początkowo problemy sprawia im wszystko, od używania broni, po taktykę bitewną i koordynację w grupie. I to jest odświeżające, widzieć jak umiejętności poszczególnych osób, jak i drużyny całościowo powoli rosną i po pewnym czasie nabierają nawet pewnej wprawy w swoich wyprawach. Cieszy również to, że postaci starają się myśleć właśnie o potrzebach grupy – która de facto jest tutaj bohaterem całej serii. Każda z postaci oczywiście ma jakieś swoje przemyślenia i potrzeby, ale zdają sobie sprawę, że najlepiej funkcjonują jako jedna jednostka. Pod wieloma względami przypomina to obserwowanie drużyny w grach RPG, do czego zresztą kilkukrotnie padają aluzje.

Drużyna

Członków tejże jest kilku, z których najważniejszym jest w zasadzie Haruhiro – nie tylko otrzymuje on najwięcej czasu na wizji i jego przemyślenia najczęściej słyszymy podczas seansu, ale również on przechodzi największe zmiany na przestrzeni dwunastu odcinków. Nie są to na szczęście jakieś kolosalne, wyolbrzymione zmiany wymyślone na potrzeby scenariusza, tylko dość subtelne rozwijanie postaci w ramach zdobywanych przezeń doświadczeń. Należy autorów pochwalić właśnie za to – niejedna znacznie dłuższa seria nie jest w stanie zaoferować żadnego logicznego rozwoju postaci. Pozostali członkowie również notują progres, równie subtelny i powolny, co dodaje serii realizmu oraz pozwala – w mojej opinii – bardziej przywiązać się do bohaterów.

Tych w drużynie jest łącznie piątka i każdy z osobna nie stanowi raczej nikogo specjalnie interesującego. Mamy tutaj raczej do czynienia z prawidłowo wykorzystanymi stereotypami – ale jak już się rzekło, głównym bohaterem jest i tak drużyna jako całość. Jakiekolwiek postacie poboczne to tylko tło i ewentualne źródło zupełnie niepotrzebnego fan service’u.

Cycki, cycki, wszędzie cycki

O ile nie będę narzekał – niesłychane! – na fabułę, która może i nie porywa, ot służy jako tło do wspomnianego progresu grupy, o tyle wsadzany niemal wszędzie fan service budził we mnie irytację. Szczególnie kiedy widać było ile uwagi poświęcono temu, aby piersi bohaterek odpowiednio podskakiwały podczas gwałtowniejszych ruchów, zamiast poprawić część bardziej statycznych animacji, którym brakuje już takiej płynności. Nie twierdzę, że animacja w serii jest zła – trzyma całkiem dobry poziom. Nie mówię też kategorycznego “nie” dla golizny czy fan service’u, jeżeli ma to jakiś sens i trzyma poziom. W Grimgarze służy to tylko zaspokojeniu “potrzeb fanów” oraz podbicie powtarzanych milion razy dowcipów.

Grzechem Grimara jest również kiepskie budowanie świata, o którym nawet po ostatnim odcinku niewiele wiadomo. Są jacyś bogowie, jakaś granica królestwa ludzi gdzieś tam, jest jedno miasto i ruiny innego miasta. Oraz jakaś kopalnia robiąca za lokalny “dungeon do raidowania”. W sumie tyle. Nie ma słowa o historii tego miejsca, odkąd zaczęli się tutaj pojawiać obcy z innych światów i jak doszło do tego, że utworzono z nich niejako niezależną armię. Nic, tak samo zresztą jak jakichkolwiek historii jakiejkolwiek postaci poza jedną kapłanką. Dodatkowo boli to, że świat nie wygląda w zasadzie na zamieszkały – poza bohaterami i innymi awanturnikami w zasadzie nie widać zwykłych mieszkańców poza okazjonalnymi wypadami drużyny do kowala lub innego sklepikarza.

Pastelowe szkice

Tym za co Grimgara można za to pochwalić i to raczej uniwersalnie to styl wizualny. O ile projekty postaci są po prostu ok i raczej nie zapadną nikomu w pamięć, o tyle tła to coś raczej niespotykanego. Wszystkie one są bowiem niczym malunki farbami, albo koloryzowane szkice z zeszytu artysty. Nieczęsto spotykany zabieg dodaje anime kolorytu, a jego wykonanie sprawia, że naprawdę przyjemnie się patrzy nawet na prozaiczne widoki. Nie tworzy to również konfliktów na linii tło – pierwszy plan lub poruszające się postaci. Ten styl naprawdę może się podobać, a nawet jeśli kogoś nie przekona to przynajmniej jest to powiew pewnej świeżości.

Praca seiyu jak to zwykle bywa, jest na wysokim poziomie i w nie mam się do kogo przyczepić. Najlepszą robotę wykonał w moim zdaniu Hiroyuki Yoshino wcielający się w postać Ranty, który jest chyba najbardziej polaryzującą postacią w całej serii. Pozostałe aspekty audio nie budzą zastrzeżeń, może poza dość częstym wykorzystywaniem rozmaitych utworów – nie są one problemem samym w sobie. Problemem jest “engrish”, który momentami nieco boli i w efekcie muzyka zamiast potęgować przekaz na ekranie kłuje w oczy i rozprasza uwagę widza od sceny.

Summa summarum jednak muszę przyznać, że Hai to Gensou no Grimgar okazało się lepszym anime, niż się spodziewałem. Nie jest to seria, którą każdemu mogę polecić, ale to i tak przynajmniej stopień wyżej niż większość isekai zalewających świat. Nikogo raczej nie zachwyci, ani nie zrazi do siebie – z wyjątkiem tych, którzy absolutnie nienawidzą stosunkowo wolnego tempa rozwoju akcji i okazji do napawania się widokami.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close