PC & KONSOLERECENZJA

Monochroma

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Monochroma może wydać ci się grą z charakterem, o ile przespałeś ostatnie lata bądź to twój pierwszy kontakt z produkcją niezależną. Bo choć klimat z dzieła Nowhere Studios wylewa się w niektórych chwilach wiadrami, tak naprawdę brak mu własnej tożsamości. Wszystko, co w nim dobre, bazuje na obcych wzorcach, to zaś, co twórcy dorzucili od siebie, jest niestety mocno średnie i niedopracowane.

Pierwszą rzeczą, która z oczywistych przyczyn rzuca się w oczy, jest nietypowa stylistyka graficzna przywodząca na myśl kultowe już Limbo. W świecie zdominowanym przez czerń i biel oraz wszystkie odcienie szarości (w przypadku Monochromy również delikatne akcenty czerwieni), nie ma miejsca na słońce, radość i szczęście. Takie jest też uniwersum gry.

To ponury świat, w którym zagubione dzieci są wyłapywane i wykorzystywane w wielkich fabrykach produkujących popularne i obecne niemal w każdym domu roboty. Rzecz jasna nie mówi się o tym głośno i oficjalnie nikt nic nie wie, my zaś odkrywamy cały spisek zupełnym przypadkiem. Wcielając się w cherlawego młodzieńca, musimy przebić się między innymi przez miasto, doki, hale i tereny fabryczne. Problem w tym, że mamy też brata na karku, który przez kontuzję nogi zdany jest na naszą łaskę i niełaskę. Innymi słowy taszczymy go cały czas na własnych plecach, a z obciążeniem mocno ograniczone są ruchy naszej postaci.

Dlatego też od czasu do czasu trzeba zostawić w jakimś miejscu krewniaka, tyle że to straszny mazgaj i panicznie boi się ciemności, które spowijają jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent świata gry. Brata można odstawić tylko tam, gdzie padają blade promienie światła sączącego się z żarówek, a takowe miejsca są oczywiście ściśle limitowane. I właśnie na tym patencie bazuje lwia część zagadek środowiskowych, z którymi mierzymy się praktycznie na każdym kroku w trakcie krótkiej, bo raptem czterogodzinnej kampanii.

Mamy więc do czynienia z klasyczną dwuwymiarową platformówką, w której przyjdzie nam wspinać się, przesuwać pudła i inne ustrojstwa, aktywować rozmaite mechanizmy, skakać po platformach oraz bujać się na linach. A wszystko to z dodatkowym balastem na plecach w postaci braciszka. Nieporadność naszego milczącego partnera to dobry pomysł wyjściowy, który pozwolił na odpowiednie zamotanie stawianych przed nami wyzwań. Przy niejednym trzeba zatrzymać się na chwilę, by pomyśleć jak obejść problem, skoro w zasięgu wzroku nie ma zbawczego światła, a na żadną z widocznych platform nie jesteśmy wstanie dostać się z dodatkowym obciążeniem. Na szczęście z każdej ślepej uliczki jest jakieś wyjście, potrzebna tylko odrobina wyobraźni.

W teorii brzmi dobrze, co więc nie zagrało? Pomińmy już nawet te jawne zapatrzenie się na wspomniane wcześniej Limbo. W końcu naśladowanie lepszych od siebie nie jest aż tak naganne, a świat Monochromy, mimo niemal identycznej stylistyki, może pochwalić się ładnie zaprojektowanymi, klimatycznymi miejscówkami (gorzej na ich tle wypadają modele postaci). Większy problem w tym, że gra tureckiego studia nie zaskakuje równie pomysłowymi zagwozdkami, a co gorsza okazuje się mocno niedopracowana na gruncie samej rozgrywki.

Wiele zagadek bazuje na silniku fizycznym. Tu coś przepchnąć, tam obciążyć, i tak dalej. Niestety elementy, które w tym przypadku powinny błyszczeć, a więc grawitacja oraz interakcja w świecie gry, nagminnie “dają ciała”. Zwykłe liny, które często trzeba rozbujać, zachowują się jakby żyły własnym życiem, a nisko zawieszone platformy nagle stają się nieosiągalne, choć przeczy to logice i zdrowemu rozsądkowi. Ba, czasem buntują się nawet klawisze kierunkowe odpowiedzialne za podstawowe ruchy bohatera. A jeśli już o nim mowa, to warto wspomnieć, że porusza się dość bezwładnie i ociężale, nawet w sytuacji, gdy odstawi braciszka gdzieś na bok. To bardzo męczące w przypadku platformera, który wymaga precyzji liczonej w pikselach.

Dlatego też w ponurym świecie Monochromy giniemy często i gęsto, niestety nie – jak w przytaczanym już Limbo – przez zwyczajną nieostrożność, a błędy konstrukcyjne, pomniejsze babole i szwankujący silnik fizyczny. A zgon podyktowany partactwem twórców wkurza potrójnie. Dlatego też ciężko mi polecić ten tytuł czy też go kategorycznie odradzać. Poczekałbym raczej na jakąś sensowną łatkę i solidną przecenę (bo obecnie gra kosztuje na Steamie 20 euro, a więc dużo za dużo), wtedy warto dać mu szansę, bo ten skąpany w rzęsistym deszczu szarobury świat mimo wszystko ma swój urok.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button