PC & KONSOLERECENZJA

Unearthed: Trail of Ibn Battuta – Episode 1 – Gold Edition

Materiał archiwalny, przeniesiony ze strony Save!Project

Arabowie nie gęsi i swoje Uncharted mieć mogą? Ano mogą, na szczęście nie ma jeszcze obowiązku, by do tej nędznej kalki w ogóle się zbliżać. To zresztą nie pierwsza podróba, z pomocą której młode, niedoświadczone studio z Bliskiego Wschodu próbuje się wstrzelić na zachodnie rynki. O ile irańskiego Kratosa w postaci Garshaspa można było jeszcze strawić, tak już saudyjska inkarnacja Nathana Drake’a przekroczyła wszelkie granice dobrego smaku.

Tak ułomnej i nieudolnej kopii moje oczy jeszcze nie widziały, a widziały niemało, nie wyłączając niesławnego Limbo of the Lost. Wszystko, począwszy od tytułu, jasno sugeruje, od kogo amatorzy ze studia Semaphore próbowali zrzynać. Kopiowanie samo w sobie nie jest może godne pochwały, ale jeśli robione z głową, można na pewne zapożyczenia przymknąć oko i po prostu dobrze się przy danej grze bawić. Tu o zabawie mowy być nie może, bo sztuki animacji, modelowania postaci czy projektowania świata panowie uczyli się zapewne na przyspieszonym kursie dla domorosłych programistów. Takiej siermięgi nie oglądałem już dawno, jak pragnę zdrowia.

Wcielamy się w Farisa Jawada, awanturnika i poszukiwacza przygód, który – identycznie jak nasz stary znajomy z flagowej serii studia Naughty Dog – wyrusza tropem odkryć wielkiego podróżnika z zamierzchłej przeszłości. Faris jest też podobnie jak Nathan wyszczekany, przemądrzały, zaś w genach ma talent do pakowania się w tarapaty. Pierwszy epizod jest tak naprawdę dopiero wprowadzeniem do całej historii, która, choć bez żenady powiela wyświechtane klisze, daje cichą nadzieję na kawał ciekawej przygody. Szkoda, że na tym kończą się zalety Unearthed, a ewentualną radość z odkrywania fabularnych niuansów raz na zawsze grzebie tragikomiczny poziom wykonania reszty składowych.

Doceniam, że twórcy sporo się nagimnastykowali, by w miarę możliwości jak najlepiej urozmaicić rozgrywkę, bo w tak krótkim materiale faktycznie udało im się zawrzeć sporo rozmaitych elementów. Są więc pojedynki na pięści, elementy akrobatyki i wspinania się w starożytnych świątyniach, strzelaniny z wykorzystaniem systemu osłon, etap celowniczkowy i pościgowy, a nawet epizod, w którym zasiadamy za sterami samochodu, starając się zwiać policji. Szkopuł w tym, że każdy, dosłownie każdy z powyższych fragmentów prezentuje amatorski, garażowy poziom wykonania.

Walka wręcz? Ciosy wykonywane z dwusekundowym opóźnieniem sprawiają, że klikamy myszką jak porąbani, kompletnie nie przejmując się tym, co robi przeciwnik, licząc po prostu, że dostanie w pysk dwa strzały więcej niż my. Wszystkie walki są tak samo drętwe, głupie i niepotrzebne. A co z elementami platformowymi? Skakanie, wspinanie się na występy skalne czy lawirowanie na cienkich gzymsach to jednoosobowy teatr wielkiego kloca drewna, który sprawia, że nasze oczy łzawią. Pomijam już notoryczne wpadanie w tekstury oraz scenę, w której do przejścia jednej z komnat posługujemy się… zdalnie sterowanym samochodzikiem. Bohater chyba sobie go z tyłka wyjął, co nawet tłumaczyłoby jego sztywne ruchy w trakcie całej kampanii, no ale już nie bądźmy tacy drobiazgowi.

Jedźmy dalej z tym koksem. Strzelaniny? Koszmarne, pozbawione wyrazu i sztuczne. Spluwy przypominają odpustowe pukawki na kapiszony, do tego system osłon jest zupełnie zbędny, bo przeciwnicy to idioci najwyższej próby, którzy uwielbiają strzelać w próżnię, tylko dlatego, że staliśmy w tamtym miejscu kwadrans wcześniej. Zombie z Quake’a miały więcej rozumu, serio! A etap celowniczkowy? Paralityczny jak cała reszta, z obowiązkowym strzelaniem do ścigających nas motocyklistów i oczywiście sprowadzaniem do parteru śmigłowca. Czemu by nie, jak się bawić, to się bawić!

To może scena pościgu na dachach? Trwa jakąś minutę i oczywiście próbuje naśladować podobny motyw z Uncharted. Z jakim skutkiem, zapewne się domyślacie. No i w finale jazda samochodem. Myślicie, że jest dynamicznie i efektownie, bo przebijamy się przez jakieś marokańskie zadupie, wciskając się w wąskie uliczki i rozjeżdżając przy okazji kury bądź stragany z owocami? A gdzie tam. Miasto to trzy ulice na krzyż, wszyscy mieszkańcy akurat śpią bądź są na pielgrzymce do Mekki, więc na chodnikach żywego ducha, a nasza zabawa polega na jeździe w kółko przez kilka minut (kilka wymodelowanych ulic chamsko zapętlono, więc przez ten sam skwer przejeżdżamy dobre dziesięć razy), póki gra nie uzna, że dość tego dobrego i brutalnie kończy się nasza przygoda. No po prostu ubaw po pachy.

Rozwala na łopatki również długość kampanii. Ja wiem, że to dopiero pierwszy, wymęczony w potwornych bólach epizod, ale to cudo da się zaliczyć w godzinę! Dokładnie tak, godzinę! Wliczając w to kilkanaście minut pitolenia w trakcie kilku koszmarnie wyreżyserowanych przerywników oraz usypiająco nudny i kompletnie niepotrzebny spacer ulicami Tangeru. Chciałbym myśleć, że to celowy zabieg i chęć skrócenia naszych cierpień, ale w dobre intencje ekipy Semaphore zwyczajnie nie wierzę. Zwłaszcza, że twórcy odgrażają się, że to dopiero wstęp do większej historii, zapowiadając w finale dalszy ciąg przygód naszego uroczego patałacha. Brrr… Nieładnie tak straszyć, nieładnie.

I choć wydana ostatnio za pośrednictwem Steama edycja Gold (nawiasem mówiąc nie chcę myśleć, jak wobec tego wyglądała pierwotna wersja, wypuszczona świeżo po premierze) kosztuje grosze, to nie jest warta nawet tych kilku euro. Szkoda waszego czasu, a zaoszczędzone pieniądze lepiej zainwestować w coś praktyczniejszego i bardziej przydatnego, na przykład proszek do prania albo żwirek dla kota.


Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button
Close
Close